Browsing Tag:

jedzenie

Ogień – Festiwal Kultury Żydowskiej w Krakowie

Od kilku dobrych lat czekam na ten festiwal, a przede wszystkim na jego kulinarne odsłony. To podczas jednego z nich zakochałam się w szakszuce, kuminie i falafelu. To w czasie tego Festiwalu poznałam wyjątkowych, wspaniałych ludzi, którzy do dziś przewijają się przez moje życie tak samo jak smaki i zapachy Bliskiego Wschodu. Po pandemicznym roku nadszedł czas na kolejne kulinarne wyzwanie. Tym razem Ogień! hasło przewodnie tegorocznego festiwalu i zdecydowanie nasze emocje zapłonęły już w momencie przeczytania programu.

Oto w tym roku kulinarne doświadczenia można było zdobyć w czasie kolacji w cudownej Restobar Ogień, gdzie gotował dla nas Aleksander  Baron z cudowną kuchenną ekipą. A było co jeść. I pić. A chociaż przyjechaliśmy tak przede wszystkim kosztować nowe smaki, nie zabrakło także czegoś dla ducha, czyli cudowne opowieści samego Roberta Makłowicza, który wzbogacał każdą potrawą nie tylko tłem historycznym ale i wieloma anegdotami ze świata kuchni i kultury polsk0 żydowskiej.

Na pierwszy, nomen omen ogień, jako przystawkę podano Gefilte fish – karpia po żydowsku z rodzynkami, natką pietruszki w postaci kiełbasy podanej z bitą śmietaną i migdałami. I jako początek tej kulinarnej wyprawy od razu przenieśliśmy się w nieziemskie doznania naszych kubków smakowych. Coś dziwnego pojawiło się bowiem w naszych ustach. Ta mieszanina smaków, podkręcona delikatną, puszystą śmietaną. To tylko rozbudziło nasze apatyty na więcej i więcej.

Po chwili na stół wjechał żur z wędzonej gęsiny na zakwasie z chałki. W środku talerza królował opiekany ziemniak i spora ilość mięsa. Spokojnie mogłabym zakończyć kolację na tym pysznym i sycącym daniu, ale szef kuchni po chwili zapowiedział kolejną kulinarną przygodę. Latkes, czyli placki ziemniaczane, tutaj podane z rewelacyjnie przygotowanymi gęsimi żołądkami i wątróbką. Ten smak pobudził każdego uczestnika kolacji, a nawet sprawił, że dotychczasowi uczestniczy z rezerwą odnoszący się do zjadania żołądków spałaszowali zawartość swojego talerza do czysta.

Kiedy myśleliśmy, że nasze brzuszki już nic więcej nie zmieszczą, na talerzach pojawił się czulent. Rewelacyjna jednogarnkowa potrawa gotowana zwyczajowo na szabas, podana z gęsim jajem i cudownym świeżym ogórkiem małosolnym. I chociaż coraz mniej miejsca zostawało w nas na przyjęcie kolejnych kęsów, dzielnie machaliśmy łyżkami by zjeść jak najwięcej tego dania.

Potem nastały desery. Pomyśleć można, że deser to taka wisienka na torcie, ryżowy opłatek, który delikatnie zakończy kolację. Nic bardziej mylnego. Na stół bo wiem wjechały gołąbki. Tak, takie z kapusty. W środku natomiast zamiast ochoczo sklejonego ryżu z mięsem odnaleźliśmy ser, rodzynki i owoce. Delikatnie słodka potrawa, która zaskakiwał z każdym kęsem, bo przecież jedliśmy gołąbki, z kapusty. To był niewątpliwy hit tego wieczoru.

Ale też nie jego koniec, bo ostatecznym deserem okazał się kogel mogel z wiśniówką i długo dojrzewającym serem. Niespotykane dotąd dla mnie połączenie słodkiego, wytrwanego i alkoholowego doznania. W punkt.

Oczywiście do każdego dania dobrano i serwowano alkohol, lokalne wina, nalewki, destylaty. Jedne nas zachwycały, inne wypalały mózgi razem z gałkami ocznymi. Idealnie dopasowane do każdego posiłku, orzeźwiające lub podkreślające kolejne danie.

Po tak obfitej kolacji, ciężko było się rozstać i wrócić do Krakowa. Zostaną wspomnienia, smaki i próba przygotowania sobie tego wszystkiego we własnej kuchni. Na niektóre połączenia i smaki zdecyduję się wkrótce. Dziękuję wszystkim, którzy przygotowali ten cudowny wieczór, a przede wszystkim moim towarzyszkom w konsumpcji: Magdzie T oraz Magdzie O, Sajko i Dżargsowi. Z wami zdobywanie kulinarnych wyżyn to sama przyjemność.

Pikantna sałatka z marchewki

A skoro już mamy pilpelchumę, którą możemy zrobić sami według PRZEPISU, to można na jej bazie jechać dalej i wykorzystać ją do czegoś pysznego. Marchewki nadadzą się do tego idealnie, chociaż podjerzewam, że jeszcze niejedną rzecz wysmaruję tą ostrą pastą. Sprawdziłam, że marchewki takie świetnie pasują do szpinaku, jako dodatek na obiad ale także jako dostawka do sadzonego jajka. Polecam serdecznie.

Składniki:

3 duże marchewki

3 łyżki oleju słonecznikowego

1 cebula

1 łyżeczka pilpelchumy

1/4 łyżeczki mielonego kuminu

1/4 łyżeczki mielonego kminku

3 łyżki octu jabłkowego

Marchewki gotujemy w lekko osolonej wodzie przez kilkanaście minut by stały się miękkie (trzeba uważać by ich nie rozgotować) Po wyjęciu z wody studzimy i kroimy w grube plasterki. Na patelni rozgrzewamy olej i szklimy pokrojoną w kostkę cebluę. Dodajemy kumin i kminek i gasimy pod patelnią. Wszystko dokładnie mieszamy. Kiedy cebula delikatnie ostygnie oddajemy ją do marchewki razem z pilpelchumą i octem. Dokładnie mieszamy i odstawiamy na parę minut, żeby składniki wsiąknęły w warzywa.

Przepis pochodzi z książki Jerozolima Yotam Ottolenghi