Browsing Category

Izrael

Peace Evening

Jak to mówiła Julie Child: „Ludzie, którzy kochają jeść, to zawsze dobrzy ludzie” dlatego też otaczam się głodomorami i smakoszami. Oczywiście nie tylko dla ich charakteru, ale również dlatego, że w tym towarzystwie ja także mogę jeść bezkarnie. A gdy jeszcze znajdziesz znajomych którzy śwetnie gotują i chętnie skosztują nowych potraw, to możesz być pewny że trafiłeś do nieba.

Tak więc w niebie wylądowałam wczoraj, a przynajmniej wysiadłam na Osiedlu na Lotnisku, a to już prawie jak drzwi do nieba. A przede wszystkim drzwi do smakowitości. Pomysł na wieczór był jeden: kuchnia kilku religii. I jak jeszcze z kuchnią żydowską nikt nie miał problemu, do dań arabskich też łatwo było się przygotować, to kuchnia chrześcijańska postawiła nam poprzeczkę prawie nie do przeskoczenia.

 

Ostatecznie każdy przyniósł coś dobrego naginając ustalone wcześniej zasady doboru produktów, dzięki czemu powstała smaczna i aromatyczna kuchnia, a stół zapełnił się po brzegi.

Były więc curry wurst, sałatka z grillowanych warzyw z mozzarellą, ser feta z zaatarem, baba ghanoush (ostatecznie nazwany przez wszystkich cementem), rollsy z bakłażanów nadziewane oliwkami i szynką parmeńską w sosie pomidorowym z parmezanem, krewetki marynowane z zaatarze, cymes i roladki z łososia, charoset, domowe pity, żelki jednorożce, pasta z awokado i granata oraz żydowki kawior.

Na koniec podano powstały w trudach deser serowo truskawkowy który był gwoździem do naszej trumny przejedzenia się oraz Killepitsch, ziołowy alkohol, który ostatecznie nie znalazł wśród zgromadzonych zbyt wielu fanów.

                                     

W cudownym, aromatycznym i smacznym wieczorze uczestniczyła Sajko Gospodyni, Dżargs, Dominik który ostatecznie poleciał na Marsa, Milczący Sebastian, Madzia i Madzia, Bożena, Tarasia w pełnej krasie i ja. Może to lepiej, że więcej osób nie dotarło na miejsce, bo jedlibyśmy jeszcze do teraz.

Mimo to czekam niecierpliwie na kolejne kulinarne spotkanie. Do zobaczenia!

Mejadra

Kiedy nie możesz przygotować się na Boże Narodzenie bo wciąż jesteś żołądkiem w Izraelu, pozostaje Ci tylko sięgnąć po przepisy z książki Jerozolima autorstwa Ottolengi i Tamimi. Tym sposobem zamiast lepić uszka gotujesz soczewicę i ryż, a potem już tylko wąchasz niesamowitą mieszankę przypraw i zachwycasz się smakiem tak prostego dania. Przepis lekko zmodyfikowałam, bo inaczej nie byłabym sobą.

Składniki:
200 g zielonej soczewicy
4 duże cebule
3 łyżki mąki pszennej
2 łyżeczki mielonego kuminu
1,5 łyżeczki nasion kolendry
0,5 łyżeczki mielonej kurkumy
1,5 łyżeczki mielonego ziela angielskiego
1,5 łyżeczki mielonego cynamonu
1 łyżeczka cukru
300 ml wody
sól
pieprz 
olej
Soczewicę gotujemy w lekko osolonej wodzie około 15 minut tak by była miękka, lecz lekko chrupała pod zębami. Po ugotowaniu odcedzamy ją i odstawiamy. Ryż gotujemy do miękkości w lekko osolonej wodzie i odcedzamy. 
Cebulę kroimy w cienkie plasterki i wrzucamy ją do miski. Dodajemy odrobinę soli i mąkę i mieszamy dokładnie by mąka oblebiła cebulę. Na patelni rozgrzewamy olej i smażymy cebulę do delikatnego zrumienienia się. 
Gotową cebulę odkładamy na papierowy ręcznik by odciekła z nadmiaru tłuszczu. 
Na suchej patelni, prażymy ziarna kolendry uważając by ich nie spalić (przez około minutę). Dodajemy 2 łyżki oleju, kurkumę, ziele angielskie, cynamon, cukier, pół łyżeczki soli i dużo czarnego pieprzu. Dodajemy ugotowany ryż i zalewamy wszystko wodą. Dusimy na małym ogniu by woda lekko odparowała. 
Na koniec gotowania dodajemy ugotowaną wcześniej soczewicę i zdejmujemy wszystko z ognia. Do gotowego dania dodajemy cebulę. 
Danie idealnie sprawdzi się jako dodatek do mięsa, przekąską lub dodatek do grzanki. 
Smacznego!

Falafel

Po ulicach Tel Awiwu i Jerozolimy co jakiś czas roznosił się błagalny głos Pawła mówiącego: „Wiecie co, ja to bym zjadł falafel”. Nasze dobre kobiece serca litowały się więc nad naszym podróżniczym rodzynkiem i zaciągaliśmy go do pierwszego napotkanego lokalu by zjeść ten smakołyk. Wczoraj przygotowywałam falafele dla znajomych na wielką izraelsko-argentyńską bitwę kulinarną. A dziś zrobiłam go sama. I wyszedł pysznie. Jestem uzależniona!
Składniki:
200 g suszonej ciecierzycy
1 cebula
2 ząbki czosnku
3 łyżki posiekanej natki pietruszki
1 łyżka posiekanej natki kolendry
0,5 łyżeczki pieprzu czarnego
0,5 łyżeczki papryki ostrej
1 łyżeczka mielonego kuminu
0,5 łyżeczki soli
0,5 łyżeczki mielonego kardamonu
0,5 łyżeczki nasion kolendry
0,5 łyżeczki proszku do pieczenia
1,5 łyżki mąki pszennej
olej do smażenia
Ciecierzycę zalewamy wodą w misce i odkładamy na całą noc do namoczenia. Po tym czasie odsączamy i osuszamy ciecierzycę. Za pomocą blendera lub maszynki do mięsa miksujemy razem wszystkie składniki z posiekaną cebulą, przyprawami aż do uzyskania jednolitej masy. 
Rękami formujemy małe placuszki i pieczemy każdy po 3-4 minuty z każdej strony na głębokim oleju. 
Smacznego!

Shalom Israel!

Mieć marzenie, a je zrealizować, to dwie różne rzeczy. Od lat chodziło mi po głowie wybranie się do Izraela. Dziesiątki ugotowanych szakszuk, warsztaty kulinarne, czytanie książek o tym miejscu, kuchni i historii, nauka hebrajskiego, oglądanie zdjęć to były tylko przygotowania do wyprawy. Udało się w tym roku, krótko bo tylko na cztery dni, ale wiem już, że koniecznie muszę tam wrócić. I chociaż rzeczywistość nijak ma się do tego, co w mojej głowie malowało się jako Izrael, to zdecydowanie pokochałam to miejsce.
Na początek wyprawy radość ze słońca i ciepła, którego tak bardzo już zaczęło nam brakować w Krakowie. Chwilowy zachwyt nad najpiękniejszym terminalem lotniczm jaki widziałam i od razu zderzenie z rzeczywistością. Wszędzie kontrole bezpieczeństwa, tłumy ludzi, mnóstwo błąkających się bezdomnych kotów, niezliczona liczba psów. Nawet powietrze pachnie tam inaczej.
Wyprawę rozpoczęliśmy od wędrówki do miejsca noclegu, by zaraz potem ruszyć na pobliski bazar Carmel oraz skosztować pierwszych dań kuchni izraelskiej: szakszuki, sałatki izraelskiej oraz chałki. Pierwszym zaskoczeniem kulinarnym była przepyszna herbata, podawana ze świeżymi liśćmi mięty.

Dzień kończy się spacerem po okolicy i powitaniem z morzem. Na sobotę wybraliśmy do eksplorowania dzielnicę Neve Tzedek oraz Jafę. Włóczyliśmy się niemiłosiernie między domami wciąż odkrywając ciekawe obrazki lub napisy na ścianach. Nie mogło zabraknąć też śniadania, na które złożyły się: meatballs, bakłażan z fetą oraz falafel, a wszystko to popite pysznymi kawami i herbatą. Jafa urzekła nas mimo braku słońca. Kamienne budowle i schody, urocze zakręty i niewiarygodny widok na morze. Tego było nam potrzeba. W sumie pokonaliśmy ponad dwudziestokilometrową trasę. I było warto, zaglądnęliśmy chyba do każdego zakamraka pomiędzy Jafą a naszym mieszkaniem.
Niedziela zaplanowana była na wyjazd do Jerozolimy. Wybraliśmy autobus jako środek transportu i był to strzał w dziesiątkę. Do godziny byliśmy na miejscu. Cieżko opisać wrażenia, jakie mieliśmy w tym mieśćie. Pierwszy szok po spotkaniu niezliczonej liczby żołnierzy plątających się tego poranka po mieście ustąpił gdy zaczęliśmy się zachwycać wielkością tego miasta i jego odmiennośćią od Tel Awiwu w którym dotychczas przebywaliśmy. Stare Miasto, pełne urokliwych stoisk na bazarach, sprzedawców biorących nas za rosjan lub próbujących po polsku namówić nas na okazyjne zakupy. Pyszna kawa z kardamonem. Wszystko robiło wrażenie: Ściana Płaczu, śpiewy, Kopuła na skale, droga krzyżowa ukryta między straganami, zapachy przypraw i smak potraw. I chociaż spędziliśmy tam cały dzień, to nie starczyło czasu na wszystkie punkty do zobaczenia. Cóż będzie trzeba tam jeszcze wrócić. 
W całej wyprawie najbardziej urzekły mnie dwie rzeczy: jedzenie – i to raczej było pewnikiem, oraz uliczna sztuka, mnóstwo murali, graffiti i zwykłych obrazków tworzonych na murach. Rozczarowało natomiast zachowanie ludzi w Bazylice Grobu Pańskiego w Jerozolimie oraz brak kolendry w jakimkolwiek daniu (a przecież ona jest taka pyszna!) 
Ostatni dzień to praktycznie wielki powrót, bo wyjazd z Izreala to nie lada wyczyn i lekcja cierpliwośći. Także do następnego razu. Oby szybko. Teraz zostało tylko gotować te wszystkie skosztowane smakołyki. Za wspólną wyprawę pełną śmiechu dziękuję Ani, Sajko i Pawłowi – to był wycieczkowy dream team!