All Posts By:

Madzik

Makaron z boczkiem i zielonym groszkiem

Gotowanie wydaje się wielu ludziom trudne i czasochłonne. Też wielokrotnie myślałam tak o niektórych daniach, ale potem na mojej drodze stanął Jamie Oliver i okazało się, że wcale nie musi tak być. Może nie potrafisz zagniatać idealnych pierogów ruskich, zrobić bezy z owocami czy upiec schab w ziołach. Ale z tym makaronem na pewno sobie poradzisz, a jeśli nawet coś pójdzie nie tak, to zawsze możesz spróbować raz jeszcze.

Składniki:

na 1 osobę

4 plasterki boczku

0,5 szklanki mrożonego zielonego groszku

1 łyżka masła

2 łyżki posiekanej mięty

1 łyżka parmezanu

sól i pieprz

makaron

2 łyżki śmietany

Makaron gotujemy w osolonej wodzie. Na patelni rumienimy pokrojony w kostkę boczek, dodajemy masło kiedy tłuszcz z niego lekko wydobędzie się na zewnątrz. Przyprawiamy solą i pieprzem (szczypta) i mieszamy. Na rumiany boczek wsypujemy groszek i mieszamy wszystko około dwóch minut. Dosypujemy miętę. Zdejmujemy patelnię z ognia i dodajemy śmietany mieszając dokładnie składniki. Wsypujemy makaron i przekłdamy na talerz. Posypujemy startym parmezanem.

Smacznego!

Mejadra

Przepis petarda. To jest tak aromatyczne danie, że jeśli tylko lubicie ciekawy miks przypraw i aromaty nie z tej ziemi, to mejadra przypadnie Wam zdecydowanie do gustu. Sprawdzi się idealnie jako dodatek do obiadów jak i osobna forma sałatki. Tylko że na ciepło.

Składniki:

200 g zielonej soczewicy

4 duże cebule

3 łyżki mąki pszennej

1.5 łyżeczki nasion kolendry

0.5 łyżeczki mielonej kurkumy

1.5 łyżeczki mielonego ziela angielskiego

1.5 łyżeczki mielonego cynamonu

1 łyżeczka cukru

300 ml wody

olej

sól i pieprz

Soczewicę gotujemy w lekko osolonej wodzie około 15 minut tak by była miękka, lecz lekko chrupała pod zębami. Po ugotowaniu odcedzamy ją i odstawiamy. Ryż gotujemy do miękkości w lekko osolonej wodzie i odcedzamy.
Cebulę kroimy w cienkie plasterki i wrzucamy ją do miski. Dodajemy odrobinę soli i mąkę i mieszamy dokładnie by mąka oblebiła cebulę. Na patelni rozgrzewamy olej i smażymy cebulę do delikatnego zrumienienia się.
Gotową cebulę odkładamy na papierowy ręcznik by odciekła z nadmiaru tłuszczu.
Na suchej patelni, prażymy ziarna kolendry uważając by ich nie spalić (przez około minutę). Dodajemy 2 łyżki oleju, kurkumę, ziele angielskie, cynamon, cukier, pół łyżeczki soli i dużo czarnego pieprzu. Dodajemy ugotowany ryż i zalewamy wszystko wodą. Dusimy na małym ogniu by woda lekko odparowała.
Na koniec gotowania dodajemy ugotowaną wcześniej soczewicę i zdejmujemy wszystko z ognia. Do gotowego dania dodajemy cebulę.
Przepis pochodzi z książki Jerozolima, Yotam Ottolenghi, Sami Tamimi – Wyd. Filo

Guten morgen Vienna

Pomimo opóźnień w lotach i tłoku na niebie, byłam w stanie szybko przemieścić się z pięknych włoskich klimatów do Polski, by tej samej doby ruszyć na kolejną wyprawę. Tym razem autokarem do Wiednia w towarzystwie moich kochanych rodziców. I chociaż pierwszy dzień był bardzo męczący, to jednak warto było nadwyrężyć trochę organizm dla tych wspomnień, Najpierw długa podróż do Bratysławy, zwiedzanie zamku, oczywiście syr z frytkami na obiad i dużo słońca, tak by pod wieczór dojechać do Austrii i po szybkim zakwaterowaniu się w hotelu ruszyć dalej. Nawet burza i bojowe nastroje uczestników, że nie wyjdą z autobusu nie zepsuły wieczoru w ogrodach pałacu Schonbrunn, gdzie odbył się letni koncert filharmoników wiedeńskich. Podobno było na nim sto tysięcy ludzi, ale na całe szczęście Habsburgowie mieli wielki ogród, więc wszyscy sprawnie pomieścili się i żeby wysłuchać muzyki.

W piątek ruszyliśmy na zwiedzanie miasta i muzeum mitu Sisi. Bo jako kobieta oczywiście jestem wielką fanką wielkiego filmowego dzieła z udziałem Romy Schneider, jednak wizerunek telewizyjnej cesarzowej nijak nie miał się do rzeczywistości, o czym dogłębnie dowiedzieliśmy się zwiedzając jej pokoje i ogród. Słońce doskwierało, a my dzielnie przemierzaliśmy ulice Wiednia w poszukiwaniu nie tylko śladów cesarza, ale także pamiątek i ochłody w postaci lodów.

W czasie wolnym razem z rodzicami popędziliśmy do słynnej sali filharmoników wiedeńskich gdzie co roku odbywa się koncert noworoczny. I chociaż przewodniczka opowiadała z entuzjazmem o historii i współczesnym użytkowaniu obiektu, nie mogliśmy do końca jej zrozumieć, gdyż…mówiła po niemiecku. Ale takie rzeczy nas nie zrażają. Jednego dnia koncert, drugiego dnia słynna sala koncertowa. Gdyby zamknąć oczy i połączyć te dwa doświadczenia razem, mamy koncert noworoczny zaliczony, tyle że w lecie.

Sobota za to rozpoczęła się bladym świtem i długą drogą do opactwa Melk nad Dunajem. Zwiedzanie klasztoru, rejs statkiem po rzece, degustacja lokalnego wina, by na koniec wylądować w uroczym miasteczku Dürnstein. Tam pyszny obiad, znów podlany lokalnym winem oraz degustacja owocowych nalewek. Czy trzeba czegoś więcej od urlopu? Na koniec dnia udało się jeszcze zwiedzić ruiny jednego z zamków i po długiej podróży wróciliśmy szczęśliwie do hotelu.

Pogoda dopisywała aż do ostatniego dnia, dopiero niedziela obudziła nas deszczem. Dzięki temu nie mogliśmy cieszyć sie panormą miasta z punktu widokowego na wzgórzu Kahlenberg, ale za to wysłuchaliśmy historii obrony Wiednia przez wojska Jana III Sobieskiego. Na koniec wycieczki został nam do skonsumowania obiad i wszyscy ruszyli do Polski. Ja oczywiście postanowiłam wrócić jeszcze do centrum miasta i udałam się na samotną wycieczkę do najpiękniejszej biblioteki jaką kiedykolwiek w życiu widziałam, oraz pospacerować na spokojnie po mieście. Nie skończyło się to dobrze. Oczywiście natrafiłam na foremki do ciasteczek, przez co zaraz przed lotem do Krakowa upychałam na siłę do pełnego już plecaka ostatnie pamiątki.

Dunaj nie jest modry, czyli niebieski, ale za to Austria zrobiła na mnie ogromne wrażenie. I chociaż zwiedzaliśmy głównie miasta, to mam ochotę ruszyć teraz dalej. W góry. Mam nadzieję, że tam też jest tak pięknie

 

Buongiorno Italia!

Zakochać się we Włoszech jest bardzo łatwo. Wystarczy chociaż raz spojrzeć na piękne góry i człowiek jest ugotowany. Nic więc dziwnego, że zaledwie po paru miesiącach od ostatniej wizyty, znów przyszło mi spędzić parę dni urlopu w tych pięknych plenerach. I chociaż pogoda zapowiadała się deszczowa, co akurat miało być miłą odskocznią od polskiej patelni, to jednak na nasze głowy nie spadła nawet kropla deszczu. Podróż oczywiście zaczęła się z przygodami od opóźnionych lotów i koczowaniu na płycie lotniska w zamkniętym samolocie. Ale czy takie wydarzenia nie powinny właśnie zwiastować nadchodzących dobrych dni? Ja w to wierzyłam mocno i tak też się stało. Już pierwszy nocleg w Lozano okazał się strzałem w dziesiątkę, kiedy drobna, starsza włoska właścicielka hoteliku, pomimo późnej godziny czekała dzielnie ze swoim mężem na spóźnialskich podróżników z Polski i miała jescze siły przestawiać dorosłych mężczyzn by posprzątali po sobie bałagan w kuchni (swoją drogą jeszcze nigdy nie widziałam, żeby ktoś z taką trwogą rzucił sie do zmywania)

Potem było już tylko lepiej. Knajpka obok noclegu otwarta do późnej nocy uraczyła nas zimnym piwem, a niedzielny poranek pięknym słońcem. I chociaż od piątej rano po zmrok z każdej strony dobywał się dźwięk dzwonów kościelnych, to nawet udał się nam kilkakrotnie usłyszeć co do siebie mówimy. Pierwszy dzień spędziliśmy głównie na kawie, kawie i  na kawie. W międzyczasie poruszając się w kierunku gór. Oczywiście po drodze zatrzymując się na kawę.

 

Docelowy hotel okazał się strzałem w dziesiątkę. I chociaż właściciel nie mówił w ząb po angielsku, a my z włoskiego też raczej nie dostalibyśmy certyfikatu językowego, to udało się nam dogadać z tym uroczym panem. Z podwórka dobiegał do nas uroczy (przez pierwszą godzinę) szum strumienia i rozpościerała się ściana drzew. Co było miłą odmianą dla krakowskiego betonu. Zdecydowanie patrzenie na taką ilość zieleni przez dłuższy czas pomaga oczom. Szybko okazało się, że hotel w którym mieszkamy jest jedną, o ile nie jedyną, atrakcją miasteczka, do którego wieczorem ściągali mieszkańcy. Nie ciągnęło ich natomiast jedynie do piwa lub wina, ale myślę, że przede wszystkim do rewelacyjnego jedzenia, które serwowała hotelowa restauracja. Aż żałuję, że mój żołądek nie jest większy, bo z chęcią skosztowałabym tam każdego dania.

Jednak pierwszy posiłek zjedliśmy w pobliskim miasteczku i oczywiście na pierwszy ogień poszła pizza. Ja postawiłam na nowość. Pizza z frytkami, I jeśli ktoś do tego momentu doczytał tą relację to niech weźmie sobie do serca moją radę jeśli wie że nie jest w stanie zjeść całej pizzy: Frytki na pizzy to przesada! W zasadzie mogłabym zjeść tylko frytki i byłabym najedzona. Ale dzielnie zjadłam pół (chociaż są świadkowie którzy twierdą, że jednak zjadłam tylko 1/3)

Wycieczka w góry, które mieliśmy odwiedzić poprzednim razem okazała w końcu doszła do skutku podczas tegorocznego wypadu. Kolejki linowe, szczęśliwie dla nas, zaczęły kursować od soboty, więc w poniedziałek rano mogliśmy ruszyć na wysokośc 3000 metrów by na szczycie Ghiacciaio Presena napić się cudownej kawy i opalać nosy w słońcu. I chociaż kolejka wydawała mi się śmiercionośną pułapką, na koniec nie okazała się tak strasznym środkiem transportu jak to zawsze sobie wyobrażałam. A widoki z góry będę pamiętać do końca życia. A na koniec udaliśmy się do Lovere nad jezioro Iseo. Dla odmiany na kawę!

Drugiego dnia było nieco mniej ekstremalnie, ale przynajmniej ruszyliśmy swoje cztery litery i przeszliśmy niewielką górską trasę w kierunku Piz Combul. I chociaż sam szlak przypominał nasze polskie Beskidy, to jedna widoki na odległe wysokie góry upewniał nas, że jesteśmy we Włoszech.

Po tej podróży zdecydowanie w mojej krwi płynie więcej cappucino niż dotychczas i mam ochotę nie tylko przenieść się do spokojnych włoskich miasteczek, ale też założyć taki hotel, w którym zbierać się będą lokalni mieszkańcy i z uśmiechem na ustach do późnej nocy opowiadać sobie wesołe historie. Zapamiętam też z tego wyjazdu urocze małżeństwo z Essen, które podróżowało starym samochodem po kraju i uratowali mnie z opresji zagubionego kabla do telefonu. Bo że jestem roztargniona wie każdy. I nie muszę gubić rzeczy by można się było o tym przekonać. Wystarczy, że nie zauważę betonowego murku przed sobą i polecę jak długa na przykościelny plac. Dzięki za złapanie mnie w locie Grześ! No i za podróż! 🙂

 

Sałatka „wszystko”

Są takie dni, kiedy po prostu do miski wrzucasz wszystko co nawinie Ci się pod rękę. Goście nieśpiesznie zmierzali do mojego domu, a że niedziela obfitowała w zamknięte sklepy, musiałam radzić sobie zasobami lodówki. I szafki. Z tej drugiej sięgnęłam po kaszę pęczak. I chociaż potem uznałam ugotowany produkt za nie do końca pasujący do sałatki, ostatecznie dodałam go do sałatki. Mieszanie smaków i dodawanie kolejnych składników to już była czysta przyjemnośc. Mam nadzieje, że tak samo duża jak zjedzenie tego improwizowanego posiłku.

Składniki:

150 g liści sałaty

100 g ugotowanej kaszy pęczak

300 g ugotowanej ciecierzycy

2 ogórki kiszone

2 łyżeczki posiekanych kaparów

5 dużych suszonych pomidorów

1 mała cebyla czerowna

2 łyżki startego parmezanu

oliwa

sól i pieprz

Wszystkie warzywa kroimy w kostkę, mniej lub bardziej drobną (w tej sałatce dozwolona jest beztroska) W misce umieszczamy sałatę, dodajemy pokrojone warzywa oraz cieciorkę kaszę pęczak i kapary. Wszyskto zalewamy około 3 łyżkami oliwy. Na koniec dokładamy starty parmezan i wszystko mieszamy dokładnie. Doprawiamy solą i pieprzem.

Smacznego!

 

Pasta z bobu

Są podobno ludzie, na których bób nie robi wrażnia. Myślę, że to dlatego, że nigdy nie jedli wyśmienitej pasty, zrobionej z tych niewielkich zielonych fasolek. A jak już zrobicie sobie ten smakołyk, to możecie go nie tylko położyć na kanapkę, ale także nafaszerować nim pierogi. Gorąco polecam. Zajadajmy się bobem wszyscy.

Składniki:

400 g ugotowanego bobu

6 listków mięty

3 łyżki oliwy z oliwek

sól i pieprz

Ugotowany bób obieramy z łupek. Miętę siekamy, Wszystko dokładnie blendujemy z dodatkiem oliwy. Doprawiamy solą i pieprzem. Proste.

Idzcie i róbcie pastę z bobu. Smacznego!

Makaron z pieczarkami i miętą

Najlepsze jedzenie to takie, które szybko i prosto się robi. Im mniej składników tym lepiej czuć smak każdego z nich. Pamiętaj, nie musisz gotować jak profesjonalny kucharz, żeby jeść pyszne dania.

Składniki

proporcje na 1 osobę

120 g makaronu świderki

1 kopiata łyżka maskarpone

1 mała czerowna cebula

1 ząbek czosnku

7 małych pieczarek

1 łyżka posiekanych liści mięty

1 łyżeczka startego parmezanu

sól i pieprz

olej

Makaron gotujemy w lekko osolonej wodzie. Na patelni rozgrzewamy olej, dodajemy do niego posiekaną drobno cebulę oraz pieczarki. Wyciskamy czosnek i wszystko razem zapiekamy. Dodajemy mascarpone i wszystko dokładnie mieszamy. Jesli sos jest zbyt gęsty można lekko uzupełnić go wodą spod makaronu.

 

Ugotowany makaron przesypujemy na patelnię i dodajemy posiekaną miętę. Podajemy posypując wszystko parmezanem.

Smacznego!

Kurczak z brokułami

Najfajniesze w kuchni jest to, że czasem tworzysz trudną potrawę, a zaraz potem możesz przygotować sobie na obiad coś banalnie prostego. Najważniejsze, żeby smakował. Bo przecież o to w jedzeniu chodzi najbardziej.

Składniki:

1 pierś z kurczaka

brokuły – małe

1 mała cebula

szczypta ostrej praktyki

3 łyżki sosu sojowego

1 papryka czerwona

sól

pieprz

olej

Cebulę kroimy na drobną kostkę i szklimy ją na rozgrzanym oleju. Mięso kroimy w cienkie paski i wrzucamy do cebuli. Dodajemy przyprawy i sos sojowy. Paprykę kroimy w drobne paseczki i dorzucamy do mięsa. Na koniec delikatnie podelwamy wszystko wodą do połowy produktów na patelni tak by powoli tworzył się sos i dokładamy brokuły podzielone w różyczki. Gotujemy przez około 5 minut, aż brokuły lekko zmiękną a sos się zredukuje.

Smacznego!

Udka w sosie z pomidorami

Wiosna coś nie może przebić się na dobre, więc na zimne dni potrzebne są cieplejsze posiłki. Propozycja kulinarna na dziś to pyszne udka z kurczaka w sosie musztardowym z pomidorami i marchewką. Bo prawda jest taka, że jeśli masz coś w lodówce, to łatwo to wykorzystać do dobrego obiadu.

Składniki:

2 udka z kurczaka

2 łyżki musztardy

4 łyżki oleju

1 łyżka curry

1 łyżka kuminu

3 marchewki

10 pomidorków koktajlowych

1 czerwona cebula

sól

pieprz

Udka przekładamy do żaroodpornego naczynia, doprawiamy solą, pieprzem, kuminem i curry, polewamy olejem i obtaczamy dokładnie mięso. Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni Celcjusza i wkładamy udka, od czasu do czasu polewamy je sokami, które wypłyną z mięsa. Pieczemy około 45 minut, aż mięso będzie bardzo miękkie.

Na patelni rozgrzewamy odrobinę oleju i szklimy pokrojoną w drobne paski cebulę, dodajemy pokrojoną pod skosem w centymetrowe kawałki marchewkę i dusimy lekko podlewając wodą. Kiedy warzywa zmiękną dodajemy musztardę i dokładnie mieszamy. Wszystko wrzucamy na spód naczynia żaroodpornego i dodajemy pomidorki pokrojone na połówki. Układamy na warzywach udka i zapiekamy jeszcze przez 10 minut w piekarniku.

Smacznego!

Ciasteczka jajka z dżemem z rokitnika

Na Wielkanoc polecają się kruche ciasteczka z dżemem. Jajko może mieć tak różne oblicze, zróbcie je sobie, jeszcze zdążycie przed świętami. Smacznego:

Składniki:
2 szklanki mąki pszennej
2 jajka
3 łyżki śmietany 12%
4 łyżki masła
1 łyżeczka proszku do pieczenia
cukier puder do posypania
słoik dżemu z rokitnika
Mąkę przesiewamy razem z proszkiem do pieczenia. Dodajemy jajka, masło i śmietanę. Mieszamy wszystkie składmiki i wyrabiamy ciasto. Wałkujemy je na stolnicy i wykrajamy taką samą ilośc ciastek w kształcie jajka oraz jajka z dziurką.
Pieczemy w temperaturze 180 stopni przez około 15-20 minut. Studzimy ciasteczka. Te z dziurką posypujemy cukrem pudrem. Całe smarujemy dżemem i łączymy w pary tak, by powstały jajka.