All Posts By:

Madzik

Ciasto z jabłkami

Praca z domu ma jeden ogromny plus. Przerwę obiadową można wykorzystać na przygotowanie szybkiego placka z jabłkami. I jeśli ktoś uwielbia Paula Hollywooda, to wie, że pod stosami skomplikowanych przepisów kryją się u niego szybkie i smaczne perełki. Tak było i tym razem. Wpadłam do kuchni jak huragan, poprzestawiałam sprzęty, rozgrzałam piekarnik i wzięłam się do roboty. Ciasto było gotowe w 10 min, kolejne 30 spędziło w piekarniku gdy ja już na spokojnie klikałam sobie w komputer firmowy.

Składniki:

200 g mąki pszennej

1 łyżeczka proszku do pieczenia

100 g cukru

2-3 jabłka

100 g masła

1 łyżeczka cynamonu

2 jajka

60 ml mleka

Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni. Foremkę o rozmiarach ok 15-20 cm przykrywamy papierem do pieczenia.

Mąkę przesiewamy i dodajemy do niej drobno posiekane masło oraz cynamon i proszek do pieczenia. Dłońmi bardzo dokładnie mieszamy mąkę z masłem tak by powstał nam sypki proszek. W osobnej misce mieszamy jajka z mlekiem. Dodajemy pokrojone w drobne kawałki jabłka i cukier i wszystko dokładnie mieszamy. Dodajemy rozdrobnioną mąkę i mieszamy razem.

Przekładamy masę do foremki. Pieczemy przez 30 -35 minut, aż ciasto ładnie się zarumieni.

 

Smacznego!

Zupa z białej fasoli

Winter is coming! Robi się coraz zimniej. Kraków pokryty dzień w dzień mgłą koloru mleka. Nic nie widać, nikt nie wyłania się z białych oparów. Lepiej zostać w domu i ugotować coś dobrego. Najlepiej rozgrzewającego, jeśli będziemy musieli na nadchodzące zimno wyjść.
Dziś zapraszam na prostą w wykonaniu zupę z białej fasoli. Nic trudnego, Gotowa w krótkim czasie rozgrzeje nie tylko dłonie, ale wewnętrznie zapewni nami ciepło na parę godzin.
Składniki:
2 puszki białej fasoli
2 marchewki
2 pietruszki
1 mały seler
3 ząbki czosnku
2 łyżeczki siekanego oregano
ziele angielskie
liść laurowy
łyżka masła
3 łyżki oleju
sól
pieprz
Marchewkę, seler i pietruszkę obieramy i kroimy w kostkę. Zalewamy wodą w niewielkim rondlu. Dodajemy ziele angielskie, liść laurowy, masło. Gotujemy warzywa do miękkości.
Fasolę odsączamy z zawiesiny, pozostawiając zawiesinę do gotowania. W osobnym rondlu rozgrzewamy olej. Obieramy czosnek i siekamy drobno. Podsmażamy delikatnie czosnek na oleju. Dodajemy odsączoną fasolę. Delikanie dusimy, dodajemy polowę zawiesiny z puszki oraz ugotowane warzywa razem z wodą.
Doprawiamy solą i pieprzem zupę. Za pomocą tłuczka do ziemniaków miażdżymy wszystkie składniki. Doprawiamy posiekanym oregano. Wszystko dokładnie mieszamy i gotujemy przez kilka minut.
Smacznego

Kruche ciasteczka

Póki sezon piernikowy na dobre się nie rozkręcił i nie mieszkam jeszcze w kuchni na całego, zakradam się tam od czasu do czasu by upiec kruche ciasto. Tak dla odmiany. Tym razem postawiłam na klasykę, czarno biały wzór na lukrze. Zapraszam do oglądania:

Składniki:

2 szklanki mąki pszennej

120 g masła

1 jajko

0.5 szklanki cukru

1 łyżeczka ekstraktu z wanilii

1 łyżeczka proszku do pieczenia

Piekarnik nastawiamy na 180 stopni. Mąkę przesiewamy, dodajemy posiekane masło, cukier, wanilię, proszek do pieczenia i jajko. Wyrabiamy ciasto. Odstawiamy je na kilka minut do lodówki. Po tym czasie rozwałkowujemy je i wykrawamy dowolne kształty. Pieczemy przez 10-15 minut, aż zrobią się rumiane.

Smacznego!

Kurczak Teriyaki

Prawda jest taka, że przez większość tygodnia działam w systemie, który śmiało mogę nazwać czyszczeniem lodówki. Nie mam w niej za wiele, ale zawsze jestem w stanie skomponować szybki obiad. Jeśli natomiast trochę bardziej się zakręcę i zrobię całe dwa kroki dalej do szafki z przyprawami i sosami, to podrasuję sobie obiad lepiej niż wasz najlepszy mechanik hamulce w waszym samochodzie. Tak więc krótko mówiąc, najlepsze danie po dodaniu sosu teriyaki jest zwyczajnie jeszcze lepsze. Ot prosta zasada, dlatego może tak bardzo smakuje nam kuchnia chińska i wietnamska. Tym razem mój pomysł. Podane składniki są na jedną porcję.

Składniki:

150 g piersi z kurczaka

4 pieczarki

0.5 czerwonej papryki

1 łyżeczka sezamu

2 łyżki sosu teriyaki

1 łyżka oleju

1 mała cebula

100 g makaronu

sól i pieprz

0.5 szklanki wody

Makaron gotujemy w lekko osolonej wodzie według instrukcji na opakowaniu.

W tym czasie na patelni rozgrzewamy olej i dodajemy posiekaną bardzo drobno w kostkę cebulę. Delikatnie ją szklimy. Kroimy paprykę i pieczarki. Dorzucamy do cebuli. Kurczaka kroimy w drobniejsze cząstki i wrzucamy na patelnię. Wszystko dokładnie razem mieszamy i smażymy przez kilka minut. Delikatnie solimy (około szczypty) i dodajemy pieprz. Wszystko zalewamy wodą i dodajemy sos. Na małym ogniu zostawiamy wszystko na około 10 minut aż sos się zredukuje i delikatni oblepi zarówno kurczaka jak i warzywa. Na koniec wszystko posypujemy sezamem.

Możemy dodać natki pietruszki na koniec.

Smacznego!

Rogaliki z powidłami

Te maleństwa powstały już jakiś czas temu, ale dopiero dziś usiadłam by o nich napisać. Bo gdy dziewczęta pakowały się na naszą podlaską wyprawę i z godziny na godzinę zwiększały wielkość walizek, ja spakowana w moje maleństwo (do którego i tak zabrałam milion zbędnych ubrań) zakasałam rękawy i zagniotłam ciasto. No dobra, ono rosło jak na drożdżach, a ja dopiero wtedy się pakowałam. Oczywiście nie ogarnęłam podstawowych, jak to ja, problemów. A to, że przecież jadąc na dworzec gdzieś te, jeszcze ciepłe wtedy, rogaliki będę musiała upchnąć. A nie posiadając żadnej papierowej torebki biegałam jak indyk bez głowy byleby tylko w coś je zapakować. A to że przecież włączony piekarnik przed wyjazdem to jedna z moich paranoicznych fobii, bo przecież na bank zapomnę go wyłączyć, a potem gdy beztrosko będę oglądała żubronia, o którego istnieniu odpalając piekarnik jeszcze nie wiedziałam, to mój blok a zapewne i całe osiedle stanie w płomieniach. Oczywiście ja dowiem się o tym ostatnia, bo w puszczy zasięg słaby, a i niechętnie płaciłabym za połączenia z sieci białoruskiej. A na koniec nie przemyślałam najważniejszego, a mianowicie nie wzięłam pod uwagę, że dziewczęta w tych swoich przepastnych walizach też przywiozą łakocie. Na szczęście ciepłe rogaliki zeszły pierwsze i w dość żwawym tempie. I nie powiem, ale miałam wrażenie, że celebryta niewiadomej sławy, który siedział obok nas w pociągu, także miał ochotę na poczęstunek. Ale tego dnia byłyśmy Golumnami wypieków, wszystkie te skarby były bowiem naaaaszee!!!

Składniki:

1,5 szklanki mąki pszennej

1 jajko

2 łyżki masła

0.5 szklanki cukru

1 słoik powideł śliwkowych

7g drożdży suchych

1,5 szklanki ciepłej wody

Mąkę przesiewamy do miski. Wrzucamy do niej jajko, cukier, masło. W 1/3 ilości wody rozpuszczamy drożdże i delikatnie mieszamy. Odstawiamy na parę minut do wyrośnięcia. Dodajemy zaczyn do mąki i mieszamy, powoli dolewając wodę. Niekoniecznie zużyjemy całą. Ugniatamy ciasto powoli, aż utworzymy zgrabną, odrywającą się od palców masę. Ugniatamy przez kilka minut i odstawiamy na godzinę do wyrośnięcia.

Nagrzewamy piekarnik na 180 stopni.

Po tym czasie przenosimy delikatnie ciasto na stolnicę posypaną mąką. Dzielimy na dwie porcje i z każdej rozwałkowujemy koło. Kroimy na 8 równych trójkątów. Na grubsze końce nakładamy po łyżeczce powideł i zawijamy w kierunku węższym, kształtując rogalik.

Układamy gotowe rogaliki na blaszce pokrytej papierem do pieczenia i wstawiamy do piekarnika na 20-30 minut. Pamiętajcie, że mój piekarnik jest stary i długo się rozpędza, dlatego kontrolujcie swoje rogaliki już po 15 minutach. Kiedy staną się rumiane, wyjmijcie je z pieca.

 

Uważajcie na gorące powidła, potrafią palić jak karmel.

Smacznego!

 

Kuchnia Podlasia

I już ostatni wpis powakacyjny. Dziś o tym, o czym i cały blog, czyli o jedzeniu. Będzie go dużo, tak jak duże były porcje przynoszone nam przez obsługę w cudownych białowieskich miejscach. Były przede wszystkim Marcinki, czyli lokalne ciasto złożone z kilkunastu warstw ciasta przełożonych śmietaną ubitą i kwaśną. Chociaż Pani sprzedająca pluszowe żubry twierdziła, że prawdziwa podlaska gospodyni wyczynia Marcinka z minimum 30 warstw, nam udało doliczyć się tylko 20. Ale nic to, i tak smakowały wybornie, a Dżargs gotowa była poświęcić swój żołądek by skosztować je wszędzie gdzie się dało.

Były też potrawy wytrwane. Kartacze, czyli mięso zawinięte w ziemniaczany rulon. Kiszka ziemniaczana, która do złudzenia przypominała kiełbasę. Pierogi z dziczyzną, kiełbasy z dzika i jelenia. Babka ziemniaczana dodana do gulaszu z dziczyzny, a także ser koryciński podawany w przedziwnych konfiguracjach i postaciach. Był więc i solo i w kosteczkach, był i na blinie, umieszczony dumnie razem ze śledziem i kaczką. Och co to były za smakołyki. Dobrze, że żadna z nas nie ma królestwa, bo możliwe, że oddałybyśmy za kolejne pyszne obiady.

Deserowo zapomniałam jeszcze o sękaczu, który dzielnie zjadałyśmy przez cały wyjazd oraz o mrowisku, którego jednak nie udało się nam skosztować, no ale do czegoś trzeba będzie wrócić.

Po pierwszym dniu, kiedy na obiad wjechały poza wymienionymi potrawami jeszcze zupy, jak barszcz ukraiński i solianka, już wiedziałyśmy, że należy racjonalnie dzielić się talerzami. Bo jak zmieścić litewskie kakory (zwane przez Madzię Kirkorami) świeżynkę , pielmieni, chlebek litewski czy rosół z kołdunami. A przecież były jeszcze kopytka z boczkiem.

Po tygodniu w Białowieży, stęsknione smaków, w Białymstoku skusiłyśmy się już na burgery. Ale nie zmienia to faktu, że te wszystkie rzeczy któregoś pięknego dnia ugotuję, potem poczęstuję tych, którzy będą chcieli skosztować, a na koniec popijemy wszystko Duchem Puszczy. Bo przecież to wszystko musi się jakoś trawić.

Dziękuję dziewczęta za odprężający tydzień, wspaniałe leniuchowanie, książkowe zachwyty, rowerowy pęd po puszczy i mijanie żubrowych kup. Za wspaniałą atmosferę w Babuszce, jechanie pod prąd i umykanie z rąk służ specjalnych. Powtórzmy to jeszcze kiedyś. I żeby nie było, że o żubroniu nikt nie myśli, pamiętajmy o tym kuriozum natury. Niech na zawsze będzie w naszych serduszkach! I radujmy się, że wróciłyśmy w tych samych rozmiarach i bez cellulitu!

Białystok

Był i on, mały i wielki jednocześnie. Nowoczesny i z klimatem przeszłości. Smaczny i oferujący tylko Maca. Białystok. Miasto, które zawsze gdzieś krążyło w moich planach, ale było za daleko, nie po drodze. I nagle za sprawą pandemii udało mi się tam dotrzeć. Co prawda spędziłyśmy tam tylko jeden dzień, ale było on na tyle intensywny, żeby spenetrować co się dało.

Intrygujące miasto, bo z jednej strony nowoczesne, ale jakby z lat dziewięćdziesiątych, niepoukładane, chaotyczne. Z drugiej z kawałkiem ciekawej historii, zabytkami i szerokością, która po ciasnym Krakowie tak bardzo zaskakuje. Pełne, miałam wrażenie, zupełnie innych ludzi. No i akcent, który nie da się porównać do niczego innego w kraju, cudowny zaśpiew, którym mówią mieszkańcy miasta, tworząc przy tym jeszcze jedną, żywą perłę Podlasia.

Wiadomo, że będziemy tam wracać. Bo jednak jeszcze wiele jest do zobaczenia, jeszcze tyle do odkrycia, jeszcze tyle do skosztowania. Pałac Branickich, urocze kamienice na rynku, pomniki, kościoły i wiele miejsc, które czekają na nas. Tak więc dziś zdjęcia z tego pięknego miasta.

 

 

 

Białowieża

W końcu urlop. Po ponad roku od wyprawy do Włoch tym razem z przyczyn naturalnie covidowych wylądowałam na polskich wakacjach. Towarzystwo doborowe bo z Madzią T. i Anią zwaną Dżargsem. Nie mogło więc obyć się bez cudownych zdjęć, wielu przygód oraz smacznego jedzenia.

Na początek oczywiście wyprawa z Krakowa do Białegostoku, przeprawa przez ulicę widmo z za dużymi jak się okazało walizkami dziewcząt. Ale ani ciemność ani kurz nas nie odstraszyły. Morale lekko upadły gdy kolacją okazał się hot dog ze stacji benzynowej, które nie smakowały już tak dobrze po obiedzie z Maca, ale już poranna podróż do Białowieży przez Hajnówkę poprawiła nam humory. Odkryłyśmy wtedy ciasto o nazwie Mrowisko, które wciąż czeka na degustację. Wysiadłyśmy prosto pod naszą miejscówką, więc po szybkiej aklimatyzacji w uroczej Babuszce, mogłyśmy zrobić wstępny rekonesans po okolicy.

Tak więc oczywiście było lokalnego jedzenia i piwa, oraz deseru o nazwie Marcinek, o których będzie w osobnym poście. A potem już puszcza, żubry, wilki oraz nieśmiałe łosie. Na naszej drodze spotkałyśmy też uroczych ludzi, którzy swoją wiedzą i przygodami chętnie się z nami dzielili. Wsiadłyśmy więc na rowery, żeby objechać jak największe tereny. Co prawda żubra nie spotkałyśmy na trasie, ale za to jego churkanie słychać było z okna naszej kwatery. Był też czas na lokalny bimber, czytanie książek i relaks. Były też jelenie, miody pitne oraz pogawędki przy cydrze. Zwiedzanie uroczego małego skansenu w Białowieży, parku carskiego czy urokliwej ulicy pełnej małych, drewnianych domków otoczonych płotami. Co prawda nie udało się nam spotkać też Tar-Pana, zbyt wielu zwierząt na wolności, poza dzięciołem. Jednak zachęcone pierwszymi dniami zdecydowanie wrócimy do Białowieży, nie tylko na Marcinki, ale przede wszystkim na podglądanie jeszcze dzikiej przyrody z bliska.

Słodki magiczny świat Harrego Pottera

Dziś same zdjęcia, w klimacie Harrego Pottera. Tort i kilkadziesiąt ciastek poszło bawić się na urodzinową imprezę. A mnie zostało szkolenie się z kolejnych wzorów. I już mam ochotę na więcej.

Cymes

Danie, które na pierwszy raz większości ludziom w Polsce kojarzy się z … wódką. Pierwotnie wykorzystywane jako deser podsmażanej marchewki, tak jak inne potrawy ewoluował na przestrzeni lat. Teraz podawany jest głównie w święta żydowskie takie jak Rosz ha-Szana czy Pascha. Za główny składnik zawsze służy marchewka, do której możemy dokładać albo inne warzywa, albo owoce albo nawet mięso jeśli chcemy cymes potraktować jako danie główne.

Długo zbierałam się do przygotowania cymesu i nareszcie nadeszła ku temu okazja. Oczywiście zmodyfikowałam trochę przepis na własne potrzeby, ale sam zamysł tego dania pozostał nietknięty. To znaczy dodałam marchewkę!

4 duże cebule

500 g mięsa wołowego na gulasz

300 g marchewki

100 g suszonych moreli

100 g rodzynek

150 g orzechów nerkowca

150 g migdałów łuskanych

150 g suszonych daktyli

2 łyżki cynamonu

1 łyżeczka papryki ostrej

3 łyżki oleju

2 łyżki miodu

sól

pieprz

woda

Cebulę obieramy i kroimy w wąskie piórka. Marchewkę obieramy i kroimy w plasterki. W garnku rozgrzewamy olej i wrzucamy cebulę. Delikatnie ją szklimy i dodajemy marchewkę. Doprawiamy dwoma szczyptami soli. Mieszamy dokładnie żeby nic się nie przypalało do dna i w miarę potrzeby dodajemy odrobinę wody. Dorzucamy suszone owoce i orzechy oraz cynamon i paprykę.

Na osobnej patelni rozgrzewamy odrobinę oleju i delikatnie podsmażamy pokrojone w małą kostkę mięso. Kiedy przypiecze się z każdej strony przekłaadmy mięso razem z wodą i tłuszczem który zostanie na patelni do garnka z cymesem. Dokładnie mieszamy i jeśli danie jest gęste i przywiera do dna dolewamy wody. Wszystko obficie zasypujemy pieprzem (około 1,5 łyżeczki)

 

Garnek przykrywamy i duzimy cymes przez minimum dwie godziny co jakiś czas mieszając i dolewając wody. Idealnie jest gdy cymes gotujemy jak bigos, podgrzewając go i chłodząc przez kilka dni z rzędu. Na koniec gotowania dodajemy miód i mieszamy dokładnie.

Smacznego!