Kuchnia Podlasia

I już ostatni wpis powakacyjny. Dziś o tym, o czym i cały blog, czyli o jedzeniu. Będzie go dużo, tak jak duże były porcje przynoszone nam przez obsługę w cudownych białowieskich miejscach. Były przede wszystkim Marcinki, czyli lokalne ciasto złożone z kilkunastu warstw ciasta przełożonych śmietaną ubitą i kwaśną. Chociaż Pani sprzedająca pluszowe żubry twierdziła, że prawdziwa podlaska gospodyni wyczynia Marcinka z minimum 30 warstw, nam udało doliczyć się tylko 20. Ale nic to, i tak smakowały wybornie, a Dżargs gotowa była poświęcić swój żołądek by skosztować je wszędzie gdzie się dało.

Były też potrawy wytrwane. Kartacze, czyli mięso zawinięte w ziemniaczany rulon. Kiszka ziemniaczana, która do złudzenia przypominała kiełbasę. Pierogi z dziczyzną, kiełbasy z dzika i jelenia. Babka ziemniaczana dodana do gulaszu z dziczyzny, a także ser koryciński podawany w przedziwnych konfiguracjach i postaciach. Był więc i solo i w kosteczkach, był i na blinie, umieszczony dumnie razem ze śledziem i kaczką. Och co to były za smakołyki. Dobrze, że żadna z nas nie ma królestwa, bo możliwe, że oddałybyśmy za kolejne pyszne obiady.

Deserowo zapomniałam jeszcze o sękaczu, który dzielnie zjadałyśmy przez cały wyjazd oraz o mrowisku, którego jednak nie udało się nam skosztować, no ale do czegoś trzeba będzie wrócić.

Po pierwszym dniu, kiedy na obiad wjechały poza wymienionymi potrawami jeszcze zupy, jak barszcz ukraiński i solianka, już wiedziałyśmy, że należy racjonalnie dzielić się talerzami. Bo jak zmieścić litewskie kakory (zwane przez Madzię Kirkorami) świeżynkę , pielmieni, chlebek litewski czy rosół z kołdunami. A przecież były jeszcze kopytka z boczkiem.

Po tygodniu w Białowieży, stęsknione smaków, w Białymstoku skusiłyśmy się już na burgery. Ale nie zmienia to faktu, że te wszystkie rzeczy któregoś pięknego dnia ugotuję, potem poczęstuję tych, którzy będą chcieli skosztować, a na koniec popijemy wszystko Duchem Puszczy. Bo przecież to wszystko musi się jakoś trawić.

Dziękuję dziewczęta za odprężający tydzień, wspaniałe leniuchowanie, książkowe zachwyty, rowerowy pęd po puszczy i mijanie żubrowych kup. Za wspaniałą atmosferę w Babuszce, jechanie pod prąd i umykanie z rąk służ specjalnych. Powtórzmy to jeszcze kiedyś. I żeby nie było, że o żubroniu nikt nie myśli, pamiętajmy o tym kuriozum natury. Niech na zawsze będzie w naszych serduszkach! I radujmy się, że wróciłyśmy w tych samych rozmiarach i bez cellulitu!

You Might Also Like

5 komentarzy

  • Reply
    Dżargs
    2020-10/CET1331środaEurope/Warsaw at 22:13

    Aż się dziwie że nie ma mowy o tym że wyżarłam cały serek koryciński w wersji wędzonej 🤣

    • Reply
      Madzik
      2020-10/CET3031czwartekEurope/Warsaw at 07:30

      dużo rzeczy wyżałaś 😀 powinien być wpis, co na podlasiu wyżał Dżargs 😀

      • Reply
        Dżargs
        2020-10/CET1431czwartekEurope/Warsaw at 08:14

        Co to to nie!!! Też macie niezłe spusty 🤣

        • Reply
          Madzik
          2020-10/CET3731czwartekEurope/Warsaw at 19:37

          ale korycińskiego nikt nie zdążył zjeść zanim wciągnęłaś 😀

          • Dżargs
            2020-10/CET2631czwartekEurope/Warsaw at 22:26

            Kto wolał jeść zupkę nie załapał się na serek 🤣

    Leave a Reply