Buongiorno Italia!

Zakochać się we Włoszech jest bardzo łatwo. Wystarczy chociaż raz spojrzeć na piękne góry i człowiek jest ugotowany. Nic więc dziwnego, że zaledwie po paru miesiącach od ostatniej wizyty, znów przyszło mi spędzić parę dni urlopu w tych pięknych plenerach. I chociaż pogoda zapowiadała się deszczowa, co akurat miało być miłą odskocznią od polskiej patelni, to jednak na nasze głowy nie spadła nawet kropla deszczu. Podróż oczywiście zaczęła się z przygodami od opóźnionych lotów i koczowaniu na płycie lotniska w zamkniętym samolocie. Ale czy takie wydarzenia nie powinny właśnie zwiastować nadchodzących dobrych dni? Ja w to wierzyłam mocno i tak też się stało. Już pierwszy nocleg w Lozano okazał się strzałem w dziesiątkę, kiedy drobna, starsza włoska właścicielka hoteliku, pomimo późnej godziny czekała dzielnie ze swoim mężem na spóźnialskich podróżników z Polski i miała jescze siły przestawiać dorosłych mężczyzn by posprzątali po sobie bałagan w kuchni (swoją drogą jeszcze nigdy nie widziałam, żeby ktoś z taką trwogą rzucił sie do zmywania)

Potem było już tylko lepiej. Knajpka obok noclegu otwarta do późnej nocy uraczyła nas zimnym piwem, a niedzielny poranek pięknym słońcem. I chociaż od piątej rano po zmrok z każdej strony dobywał się dźwięk dzwonów kościelnych, to nawet udał się nam kilkakrotnie usłyszeć co do siebie mówimy. Pierwszy dzień spędziliśmy głównie na kawie, kawie i  na kawie. W międzyczasie poruszając się w kierunku gór. Oczywiście po drodze zatrzymując się na kawę.

 

Docelowy hotel okazał się strzałem w dziesiątkę. I chociaż właściciel nie mówił w ząb po angielsku, a my z włoskiego też raczej nie dostalibyśmy certyfikatu językowego, to udało się nam dogadać z tym uroczym panem. Z podwórka dobiegał do nas uroczy (przez pierwszą godzinę) szum strumienia i rozpościerała się ściana drzew. Co było miłą odmianą dla krakowskiego betonu. Zdecydowanie patrzenie na taką ilość zieleni przez dłuższy czas pomaga oczom. Szybko okazało się, że hotel w którym mieszkamy jest jedną, o ile nie jedyną, atrakcją miasteczka, do którego wieczorem ściągali mieszkańcy. Nie ciągnęło ich natomiast jedynie do piwa lub wina, ale myślę, że przede wszystkim do rewelacyjnego jedzenia, które serwowała hotelowa restauracja. Aż żałuję, że mój żołądek nie jest większy, bo z chęcią skosztowałabym tam każdego dania.

Jednak pierwszy posiłek zjedliśmy w pobliskim miasteczku i oczywiście na pierwszy ogień poszła pizza. Ja postawiłam na nowość. Pizza z frytkami, I jeśli ktoś do tego momentu doczytał tą relację to niech weźmie sobie do serca moją radę jeśli wie że nie jest w stanie zjeść całej pizzy: Frytki na pizzy to przesada! W zasadzie mogłabym zjeść tylko frytki i byłabym najedzona. Ale dzielnie zjadłam pół (chociaż są świadkowie którzy twierdą, że jednak zjadłam tylko 1/3)

Wycieczka w góry, które mieliśmy odwiedzić poprzednim razem okazała w końcu doszła do skutku podczas tegorocznego wypadu. Kolejki linowe, szczęśliwie dla nas, zaczęły kursować od soboty, więc w poniedziałek rano mogliśmy ruszyć na wysokośc 3000 metrów by na szczycie Ghiacciaio Presena napić się cudownej kawy i opalać nosy w słońcu. I chociaż kolejka wydawała mi się śmiercionośną pułapką, na koniec nie okazała się tak strasznym środkiem transportu jak to zawsze sobie wyobrażałam. A widoki z góry będę pamiętać do końca życia. A na koniec udaliśmy się do Lovere nad jezioro Iseo. Dla odmiany na kawę!

Drugiego dnia było nieco mniej ekstremalnie, ale przynajmniej ruszyliśmy swoje cztery litery i przeszliśmy niewielką górską trasę w kierunku Piz Combul. I chociaż sam szlak przypominał nasze polskie Beskidy, to jedna widoki na odległe wysokie góry upewniał nas, że jesteśmy we Włoszech.

Po tej podróży zdecydowanie w mojej krwi płynie więcej cappucino niż dotychczas i mam ochotę nie tylko przenieść się do spokojnych włoskich miasteczek, ale też założyć taki hotel, w którym zbierać się będą lokalni mieszkańcy i z uśmiechem na ustach do późnej nocy opowiadać sobie wesołe historie. Zapamiętam też z tego wyjazdu urocze małżeństwo z Essen, które podróżowało starym samochodem po kraju i uratowali mnie z opresji zagubionego kabla do telefonu. Bo że jestem roztargniona wie każdy. I nie muszę gubić rzeczy by można się było o tym przekonać. Wystarczy, że nie zauważę betonowego murku przed sobą i polecę jak długa na przykościelny plac. Dzięki za złapanie mnie w locie Grześ! No i za podróż! 🙂

 

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply