PoznaJemy

Warsztaty kuchni żydowskiej – Dzień I

Dobrze jest wrócić na takie wydarzenie. Brakowało mi od paru lat warsztatów kulinarnych z prawdziwego zdarzenia organizowanych z okazji Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie. W tym roku stawiłam się na nich z nieodłączną na takie smaczne spotkania Anią zwaną Dżargsem oraz po raz pierwszy z Madzią T.

Tegoroczna edycja odbywa się w lokalu Hevre na krakowskim Kazimierzu i już widzę plusy tej lokalizacji. Jest dużo przestrzeni, tlen którego na przykład brakowało na pierwszych warsztatach na barce oraz spokój, którego nie zakłócają użytkownicy restauracji. No i kucharz też jest pierwszorzędny. Warsztaty w tym roku bowiem prowadzi Moshe Basson z restauracji Eukaliptus w Jerozolimie.

Pierwsze obawy jakie zawsze towarzyszą nam przed rozpoczęciem zajęć szybko rozwiały znajome twarze z poprzednich edycji, a przede wszystkim zapach przygotowywanych potraw. Na pierwszy ogień poszła zielona zupa z czerwonej soczewicy (doprawiona kolendrą na maksa), pesto z hizopu (który z racji niewystępowania w Polsce został zastąpiony świeżym oregano), chlebki foccacia oraz maqluba. Na koniec zajadaliśmy się deserem malabi.

Największą atrakcją było przygotowanie maqluby, która gotowała się przez większość czasu ukryta w zakamarkach kuchni. Potrawa złożona z pomidorów, bakłażanów, ziemniaków, ugotowanego kurczaka, ryżu i marchewek przyniesiona potem została na jednej ręce przez prowadzącego kucharza i w garnku rzucona do góry dnem na tacę. Rytuał przygotowania tej potrawy nakazuje odliczyć do siedmiu przed poniesieniem garnka co ochoczo robili wszyscy  uczestnicy w sobie znanym języku.

Zupa z czerwonej soczewicy okazała się być całkowicie zielona i aromatyczna ze względu na użycie czosnku, kolendry, papryki ostrej oraz dużej ilości soku z cytryny. Zagryzaliśmy ją pachnącymi i świeżo wypiekanymi chlebkami foccacia.

Gdy kosztowaliśmy intensywne w smaku pesto, dowiedzieliśmy się czym różni się angielskie eggplant od bakłażana oraz co oznacza nazwa babaganoush (potrawa z bakłażana i tahini)

Na koniec na stół wjechał deser malabi, czyli budyń z mleka migdałowego z sokiem z suszonego hibiskusu. Nie za słodkie, nie za cierpkie. W sam raz na zakończenie wieczoru.

Jutro kolejna dawka gotowania i kulinarnych inspiracji i już nie mogę się doczekać!

Do zobaczenia!

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply