Berlin

Godzina lotu w jedną stronę z Krakowa. Prawie 60 kilometrów w nogach, pyszny kebab, wursty i frytki to najkrótszy opis trzech dni spędzonych w Berlinie.

Wszystko rozpoczęło się w piątek, kiedy wsiadłam do samolotu i pomimo panikującej na każdą turbulencję dziewczyny siedzącej obok udało mi się poczytać w locie książkę i nawet na chwilę usnąć. Ten prowizorycznie zorganizowany odpoczynek stał się początkiem wiru wydarzeń. Najpierw podróż autobusem i metrem z lotniska, potem szukanie ulicy z hostelem, rozczarowanie że to co widzą moje oczy nie jest tym co zarezerwowałam a na koniec rozczarowanie że pani oddająca mi klucze nie znała żadnego zachodniego języka więc z reklamacji nici.

Ale wszystko nawet niespodziewanie nieudane w końcu musi znaleźć pozytywny koniec gdy na stół wjeżdżają frytki posypane mięsem z golonki, pastą z zielonego groszku i parmezanem z chrzanem, popite oczywiście dobrym niemieckim piwem. I tak można zaczynać zwiedzanie. Na pierwszy rzut poszłedł Postamer Platz, Checkpoint Charlie, Berliner Dom, Bebelplatz, pomnik Holocaustu i kolejka na zamówienie wejściówek do Bundestagu.

Piątek zakończył się dobrym winem i pysznymi serami zakupionymi w sklepie, tak by posilić się przed wyczerpującą sobotą. Ta zaskoczyła mnie i Lolę (moje podróżnicze towarzystwo) porankiem zajętej przez innych lokatorów mieszkania łazienki, więc podróż rozpoczęła się z małym opóźniemiem. Podróż pod East Side Gallery oczywiście odbyła się pieszo i po niecałych 6 kilometrach przerwanych kawą w miłej knajpie gdzie zostałyśmy wzięte za amerykanki (!!) dotarłyśmy chyba do najsłynniejszej części miasta. Ciężko było ustrzelić zdjęcie wśród masy turystów robiących sobie zdjęcia na tle muru, ale w końcu się udało.

Potem kilkakrotnie zmieniając zaplanowaną trasę dotarłyśmy do Alexanderplatz i znów pod Berliner Dom by tam posilić się śniadaniem który był  równocześnie naszym obiadem czyli wurstami. Och jakie to było pyszne! Potem podóż wzduż rzeki by dotrzeć do Synagogi i ostatecznie wylądować w parku na trawie i móc na spokojnie chillować na trawie. Odpoczynek mimo że był przyjemny trzeba było przerwać bo czekało nas wdrapanie się na dach Bundestagu, ale przez przypadek trafiłyśmy jeszcze na kolumnę zwycięstwa i postanowiłysmy również i z niej obejrzec widok na miasto. I tam mogłyśmy zobaczyć jak bardzo zielony jest Berlin. Kiedy już nogi przestały się trząść po pokonaniu kilkuset schodów w górę ruszyłyśmy obejrzeć zachód słońca z dachu budynków rządowych, na który na szczęście dotarłyśmy windą.

Sobota zakończyła się dziesięciokilometrowym poszukiwaniem drogi powrotnej do mieszkania. Uratowała nas para spacerująca z psem która naprowadziła nas na odpowiedni kierunek i pani wyprowadzająca psa na spacer gdy już miałyśmy wrażenie że Berlin z każdym naszym krokiem powiększa się, przesuwając zarezerwowane lokum o kolejne kilometry.

Niedziela była zaplanowana od początku na śniadanie w Mustafa Gemuse Kebap, gdzie zjadłam najlepszy w życiu kebab z dodatkiem pysznych warzyw i sera feta. Piwko wypite na ławce dodatkowo dodało smaku i klimatu. A potem została już wędrówka na lotnisko i powrót do Polski.

A! Prawie zapomniałam! W Berlinie wszędzie stoją misie. Pewnie nie zobaczyłyśmy większości ale te które udało się nam spotkać były urocze!

Następna wyprawa już w planach, trzeba tylko wybrać cel. Jeden z wielu i ruszyć w drogę. Dzięki Lola za super towarzystwo i przedreptanie miasta w każdym kierunku.

 

 

You Might Also Like

2 komentarze

  • Reply
    Taraszka
    2018-06/CET0430piątekEurope/Warsaw at 20:04

    Teraz czas na Wieczór Berlliński 🙂

    • Reply
      Madzik
      2018-06/CET1830poniedziałekEurope/Warsaw at 22:18

      Madzia, narobimy tyle wurstów że więcej przez rok nie zjmy 🙂

    Leave a Reply