Monthly Archives:

Czerwiec 2018

Warsztaty kuchni żydowskiej – Dzien III

Wszystko co dobre szybko się kończy. Tak mogę powiedzieć o tych trzech dniach warsztatów spędzonych z Anią i Madzią w Hevre na krakowskim Kazimierzu.

Na koniec czekały nas same emocje. Na początek znów siekałam miętę, tym razem niefortunnie razem z palcem wskazującym. Na szczęście Madzia poratowała mnie plasterkiem w jednorożce i po ubraniu jeszcze ochronnej rękawiczki pocięłam zioło jak należy. Szkoda że pod nóż nie wpadła mi jeszcze pietruszka bo koniec końców wyławiałam z sałatki tabbouleh jej duże fragmenty.

W międzyczasie zostaliśmy nakarmieni przez szefa Moshe Basson przepysznym chlebem z pesto z oregano i orzechów, które zniknęło ze stołów chyba szybciej niż się pojawiło. Potem rozpoczął się festiwal chwalenia wczorajszego hummusu w wykonaniu Ani (ponoć zrobiła lepszy niż podają w niejednej izraelskiej restauracji) oraz praca Madzi nad wymieszaniem składników sałatki.

Dla nieobecnych w pierwszych dwóch dniach przygotowaliśmy znów pieczone na ogniu bakłażany w postaci babaganoush oraz falafele. Te ostatenie smakowały zabójczo dobrze. Kto by pomyślał, że mała kulka upieczonej ciecierzycy może tak cieszyć.

Największe emocje wzbudziły jednak figi, te świeże i suszone, które faszerowaliśmy kurczakiem lub grzybami. Okazało się, że dla wszystkich uczestników będzie to nowe kulinarne doznanie. Wiele rąk rzuciło się na pomoc kucharzowi, by samemu przygotować chociaż jeden owoc. W tym samym czasie przygotowywane było danie główne, czyli ryba w sosie tahini i szpinak. Podane razem z zapieczonymi figami i sosem z tamaryndowca oraz wędzoną pszenicą, obiad smakował obłędnie.

Już mieliśmy się rozejśc gdy na stole zaczęły pojawiać się kieliszki z deserem. Pyszna masa budyniowa z aromatem różanym skradła serce każdego łasucha, a mnie standardowo zasłodziła. Te warsztaty będę pamiętała długo. Wiele dań przygotuję sama, oczywiście po swojemu modyfikując co się da! No i chyba będzie trzeba zorganizować jakiś warsztatowy wieczór degustacyjny dla tych, którzy nie mogli do nas dołączyć.

Madziu i Aniu. Dziękuję za towarzystwo, bez was te trzy popołudnia by się nie udały. Dobrze po stresującym dniu w pracy rozerwać się w doborowym towarzystwie. Do zobaczenia w następnej kulinarnej przygodzie!

 

Warsztaty kuchni żydowskiej – Dzień II

Drugi dzień warsztatów w Hevre w ramach Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie minął oczywiście smacznie. Nie mogło być inaczej, skoro w programie poza ustalonymi wcześniej daniami udało się szefowi Moshe Basson wcisnąć kilka pysznych przekąsek.

Na początek w ramach degustacji przygotowaliśmy babaganoush czyli pastę z bakłażana, przygotowana na ciepło przez szefa w stylu jego jerozolimskiej restauracji. Dodatkiem, który zaskoczył nas wszystkich w tym daniu były pestki granata. Dzięki szefowi wiemy już jak poprawnie obrać granat a także jak idealnie przygotować kasze bulgur. Ta druga umiejętność przydała sie nam przy tworzeniu sałatki tabbouleh, do której ochoczo siekałam miętę. I chociaż Ania nie zjadła jej zbyt wiele, bo posiadała też tonę pietruszki, ja chętnie dojadłam jej porcję.

Potem przyszedł czas na kolejną wesję maqluby, tym razem z rybą i ciecierzycą. Przygotowanie tej potrawy nie zajęło nam dokładnie tyle czasu byśmy mogli dowiedzieć się kilku ciekawych historii z kuchennej historii Moshe oraz nauczyć się jak pozbyć sie zapachu cebuli z dłoni.

Niestety ta sztuczka nie działa na czosnek, którego kilkanaście ząbków siekałam do szpinaku rozgrzanego na patelni z olwą, gdy w tym czasie Ania śledziła wyniki mistrzowskich meczy. Nie uszło to uwadze szefa, dlatego też za karę moja współwarsztatowiczka robiła hummus w moździerzu. Na szczęscie był on tak dobry, że każdy wybaczył jej brak chwilowej uwagi.

Już miałyśmy wychodzić, gdy nagle okazało się, że przygotowano dla nas również deser w postaci ciasta basbousa, które polane zostało obficie sosem tahini. Oczywiście nie mogło obejść się bez degustacji. Wyszłyśmy więc parę gramów cięższe na krakowski Kazimierz.

 

Warsztaty kuchni żydowskiej – Dzień I

Dobrze jest wrócić na takie wydarzenie. Brakowało mi od paru lat warsztatów kulinarnych z prawdziwego zdarzenia organizowanych z okazji Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie. W tym roku stawiłam się na nich z nieodłączną na takie smaczne spotkania Anią zwaną Dżargsem oraz po raz pierwszy z Madzią T.

Tegoroczna edycja odbywa się w lokalu Hevre na krakowskim Kazimierzu i już widzę plusy tej lokalizacji. Jest dużo przestrzeni, tlen którego na przykład brakowało na pierwszych warsztatach na barce oraz spokój, którego nie zakłócają użytkownicy restauracji. No i kucharz też jest pierwszorzędny. Warsztaty w tym roku bowiem prowadzi Moshe Basson z restauracji Eukaliptus w Jerozolimie.

Pierwsze obawy jakie zawsze towarzyszą nam przed rozpoczęciem zajęć szybko rozwiały znajome twarze z poprzednich edycji, a przede wszystkim zapach przygotowywanych potraw. Na pierwszy ogień poszła zielona zupa z czerwonej soczewicy (doprawiona kolendrą na maksa), pesto z hizopu (który z racji niewystępowania w Polsce został zastąpiony świeżym oregano), chlebki foccacia oraz maqluba. Na koniec zajadaliśmy się deserem malabi.

Największą atrakcją było przygotowanie maqluby, która gotowała się przez większość czasu ukryta w zakamarkach kuchni. Potrawa złożona z pomidorów, bakłażanów, ziemniaków, ugotowanego kurczaka, ryżu i marchewek przyniesiona potem została na jednej ręce przez prowadzącego kucharza i w garnku rzucona do góry dnem na tacę. Rytuał przygotowania tej potrawy nakazuje odliczyć do siedmiu przed poniesieniem garnka co ochoczo robili wszyscy  uczestnicy w sobie znanym języku.

Zupa z czerwonej soczewicy okazała się być całkowicie zielona i aromatyczna ze względu na użycie czosnku, kolendry, papryki ostrej oraz dużej ilości soku z cytryny. Zagryzaliśmy ją pachnącymi i świeżo wypiekanymi chlebkami foccacia.

Gdy kosztowaliśmy intensywne w smaku pesto, dowiedzieliśmy się czym różni się angielskie eggplant od bakłażana oraz co oznacza nazwa babaganoush (potrawa z bakłażana i tahini)

Na koniec na stół wjechał deser malabi, czyli budyń z mleka migdałowego z sokiem z suszonego hibiskusu. Nie za słodkie, nie za cierpkie. W sam raz na zakończenie wieczoru.

Jutro kolejna dawka gotowania i kulinarnych inspiracji i już nie mogę się doczekać!

Do zobaczenia!

Berlin

Godzina lotu w jedną stronę z Krakowa. Prawie 60 kilometrów w nogach, pyszny kebab, wursty i frytki to najkrótszy opis trzech dni spędzonych w Berlinie.

Wszystko rozpoczęło się w piątek, kiedy wsiadłam do samolotu i pomimo panikującej na każdą turbulencję dziewczyny siedzącej obok udało mi się poczytać w locie książkę i nawet na chwilę usnąć. Ten prowizorycznie zorganizowany odpoczynek stał się początkiem wiru wydarzeń. Najpierw podróż autobusem i metrem z lotniska, potem szukanie ulicy z hostelem, rozczarowanie że to co widzą moje oczy nie jest tym co zarezerwowałam a na koniec rozczarowanie że pani oddająca mi klucze nie znała żadnego zachodniego języka więc z reklamacji nici.

Ale wszystko nawet niespodziewanie nieudane w końcu musi znaleźć pozytywny koniec gdy na stół wjeżdżają frytki posypane mięsem z golonki, pastą z zielonego groszku i parmezanem z chrzanem, popite oczywiście dobrym niemieckim piwem. I tak można zaczynać zwiedzanie. Na pierwszy rzut poszłedł Postamer Platz, Checkpoint Charlie, Berliner Dom, Bebelplatz, pomnik Holocaustu i kolejka na zamówienie wejściówek do Bundestagu.

Piątek zakończył się dobrym winem i pysznymi serami zakupionymi w sklepie, tak by posilić się przed wyczerpującą sobotą. Ta zaskoczyła mnie i Lolę (moje podróżnicze towarzystwo) porankiem zajętej przez innych lokatorów mieszkania łazienki, więc podróż rozpoczęła się z małym opóźniemiem. Podróż pod East Side Gallery oczywiście odbyła się pieszo i po niecałych 6 kilometrach przerwanych kawą w miłej knajpie gdzie zostałyśmy wzięte za amerykanki (!!) dotarłyśmy chyba do najsłynniejszej części miasta. Ciężko było ustrzelić zdjęcie wśród masy turystów robiących sobie zdjęcia na tle muru, ale w końcu się udało.

Potem kilkakrotnie zmieniając zaplanowaną trasę dotarłyśmy do Alexanderplatz i znów pod Berliner Dom by tam posilić się śniadaniem który był  równocześnie naszym obiadem czyli wurstami. Och jakie to było pyszne! Potem podóż wzduż rzeki by dotrzeć do Synagogi i ostatecznie wylądować w parku na trawie i móc na spokojnie chillować na trawie. Odpoczynek mimo że był przyjemny trzeba było przerwać bo czekało nas wdrapanie się na dach Bundestagu, ale przez przypadek trafiłyśmy jeszcze na kolumnę zwycięstwa i postanowiłysmy również i z niej obejrzec widok na miasto. I tam mogłyśmy zobaczyć jak bardzo zielony jest Berlin. Kiedy już nogi przestały się trząść po pokonaniu kilkuset schodów w górę ruszyłyśmy obejrzeć zachód słońca z dachu budynków rządowych, na który na szczęście dotarłyśmy windą.

Sobota zakończyła się dziesięciokilometrowym poszukiwaniem drogi powrotnej do mieszkania. Uratowała nas para spacerująca z psem która naprowadziła nas na odpowiedni kierunek i pani wyprowadzająca psa na spacer gdy już miałyśmy wrażenie że Berlin z każdym naszym krokiem powiększa się, przesuwając zarezerwowane lokum o kolejne kilometry.

Niedziela była zaplanowana od początku na śniadanie w Mustafa Gemuse Kebap, gdzie zjadłam najlepszy w życiu kebab z dodatkiem pysznych warzyw i sera feta. Piwko wypite na ławce dodatkowo dodało smaku i klimatu. A potem została już wędrówka na lotnisko i powrót do Polski.

A! Prawie zapomniałam! W Berlinie wszędzie stoją misie. Pewnie nie zobaczyłyśmy większości ale te które udało się nam spotkać były urocze!

Następna wyprawa już w planach, trzeba tylko wybrać cel. Jeden z wielu i ruszyć w drogę. Dzięki Lola za super towarzystwo i przedreptanie miasta w każdym kierunku.

 

 

Ciasto z porzeczkami

Nadszedł czas na zaległy przepis na szybkie i pyszne ciasto z porzeczkami. Można użyć do niego zarówno mrożonych jak i swieżych owoców i nie koniecznie muszą to być porzeczki. Polecam jak zawsze.

Składniki:
4 jajka
1 szklanka cukru pudru
1.5 szklanki mąki
szczypta soli
skórka z 4 cytryn
sok z jednej cytryny
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 kostka masła (250g)
1 łyżeczka proszku do pieczenia
masło do posmarowania formy*
bułka tarta
1 łyżka mąki ziemniaczanej
Jeśli używamy mrożonych owoców, obtaczamy je delikatnie w mące ziemniaczanej.
Masło topimy i lekko studzimy. Formę smarujemy maslem i obsypujemy bułką tartą. Oddzielamy białka od żółtek. Białka ubijamy ze szczyptą soli na sztywną pianę i dodajemy mieszając połwę cukru. Żółtka ubijamy na jednolitą masę z resztą cukru. Do miski przesypujemy mąkę, proszek do pieczenia i skórkę z cytryny.
Dodajemy masę z żółtek, roztopione masło i sok z cytryny. Powoli dodając ubite białka mieszamy wszystkie składniki razem. Przelewamy masę do formy i pieczemy i na wierzchu układamy owoce. Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180 stopni przez 35-40 min (do suchego patyka).
Smacznego!
* użyłam keksówki w rozmiarach 30x11x8

Cymes

Danie, które na pierwszy raz więkoszści ludziom w Polsce kojarzy się z … wódką. Pierwotnie wykorzystywane jako deser podsmżanej marchewki, tak jak inne potrawy ewoluował na przestrzeni lat. Teraz podawany jest głównie w święta żydowskie takie jak Rosz ha-Szana czy Pasha. Za główny składnik zawsze służy marchewka, do której możemy dokładać albo inne warzywa, albo owoce albo nawet mięso jeśli chcemy cymes potraktować jako danie główne.

Długo zbierałam się do przygotwania cymesu i nareszcie nadeszła ku temu okazja. Oczywiście zmodyfikowałam trochę przepis na własne potrzeby, ale sam zamysł tego dania pozostał nietknięty. To znaczy dodałam marchewkę!

4 duże cebule

500 g mięsa wołowego na gulasz

300 g marchewki

100 g suszonych moreli

100 g rodzynek

150 g orzechów nerkowca

150 g migdałów łuskanych

150 g suszonych daktyli

2 łyżki cynamonu

1 łyżeczka papryki ostrej

3 łyżki oleju

2 łyżki miodu

sól

pieprz

woda

Cebulę obieramy i kroimy w wąskie piórka. Marchewkę obieramy i kroimy w plasterki. W garnku rozgrzewamy olej i wrzucamy cebulę. Delikatnie ją szklimy i dodajemy marchewkę. Doprawiamy dwoma szczyptami soli. Mieszamy dokładnie żeby nic się nie przypalało do dna i w miarę potrzeby dodajemy odrobinę wody. Dorzucamy suszone owoce i orzechy oraz cynamon i paprykę.

Na osobnej patelni rozgrzewamy odrobinę oleju i delikatnie podsmażamy pokrojone w małą kostkę mięso. Kiedy przypiecze się z każdej strony przekłaadmy mięso razem z wodą i tłuszczem który zostanie na patelni do garnka z cymesem. Dokładnie mieszamy i jeśli danie jest gęste i przywiera do dna dolewamy wody. Wszystko obficie zasypujemy pieprzem (około 1,5 łyżeczki)

Garnek przykrywamy i duzimy cymes przez minimum dwie godziny co jakiś czas mieszając i dolewając wody. Idealnie jest gdy cymes gotujemy jak bigos, podgrzewając go i chłodząc przez kilka dni z rzędu. Na koniec gotowania dodajemy miód i mieszamy dokładnie.

Smacznego!

 

Peace Evening

Jak to mówiła Julie Child: „Ludzie, którzy kochają jeść, to zawsze dobrzy ludzie” dlatego też otaczam się głodomorami i smakoszami. Oczywiście nie tylko dla ich charakteru, ale również dlatego, że w tym towarzystwie ja także mogę jeść bezkarnie. A gdy jeszcze znajdziesz znajomych którzy śwetnie gotują i chętnie skosztują nowych potraw, to możesz być pewny że trafiłeś do nieba.

Tak więc w niebie wylądowałam wczoraj, a przynajmniej wysiadłam na Osiedlu na Lotnisku, a to już prawie jak drzwi do nieba. A przede wszystkim drzwi do smakowitości. Pomysł na wieczór był jeden: kuchnia kilku religii. I jak jeszcze z kuchnią żydowską nikt nie miał problemu, do dań arabskich też łatwo było się przygotować, to kuchnia chrześcijańska postawiła nam poprzeczkę prawie nie do przeskoczenia.

 

Ostatecznie każdy przyniósł coś dobrego naginając ustalone wcześniej zasady doboru produktów, dzięki czemu powstała smaczna i aromatyczna kuchnia, a stół zapełnił się po brzegi.

Były więc curry wurst, sałatka z grillowanych warzyw z mozzarellą, ser feta z zaatarem, baba ghanoush (ostatecznie nazwany przez wszystkich cementem), rollsy z bakłażanów nadziewane oliwkami i szynką parmeńską w sosie pomidorowym z parmezanem, krewetki marynowane z zaatarze, cymes i roladki z łososia, charoset, domowe pity, żelki jednorożce, pasta z awokado i granata oraz żydowki kawior.

Na koniec podano powstały w trudach deser serowo truskawkowy który był gwoździem do naszej trumny przejedzenia się oraz Killepitsch, ziołowy alkohol, który ostatecznie nie znalazł wśród zgromadzonych zbyt wielu fanów.

                                     

W cudownym, aromatycznym i smacznym wieczorze uczestniczyła Sajko Gospodyni, Dżargs, Dominik który ostatecznie poleciał na Marsa, Milczący Sebastian, Madzia i Madzia, Bożena, Tarasia w pełnej krasie i ja. Może to lepiej, że więcej osób nie dotarło na miejsce, bo jedlibyśmy jeszcze do teraz.

Mimo to czekam niecierpliwie na kolejne kulinarne spotkanie. Do zobaczenia!

Cukinie faszerowane mięsem

Jeśli macie okazję dorwać gdzieś okrągłe cukinie (a takie są np. w Lidlu) to koniecznie spróbujcie nafaszerować je mięskiem, albo innymi warzywami. Sprawdzą się idealnie na obiad lub kolację, a nawet na grilla.

 

 

Składniki

4 okrągłe cukinie

1 czerwona cebula

500 g mięsa mielonego

2 łyżki sosu worcestershire

1 łyżeczka papyki ostrej

0,5 szklanki pomidorów z puszki

2 łyżki posiekanych liści bazylii

1 łyżka posiekanego tymianku

120 g sera cheddar

sól

pieprz

olej

Nagrzewamy piekarnik do 180 stopni.

Cukinie myjemy i przekrawamy na pół. Za pomocą łyżki wydrążamy środek warzywa. Cebulę kroimy w kostkę, zioła siekamy. Na patelni rozgrzewamy olej i dodajemy cebulę. Kiedy lekko się zeszkli wrzucamy mięso oraz zioła i zapiekamy kilka minut mieszając. Dodajemy sos, pomidory i doprawiamy solą i pieprzem. Przygotowane mięso nakładamy do przekrojonych kawałków cukini i układamy je w żaroodpornym naczyniu. Zalewamy dno wodą do około 1/3 wysokości warzywa.

Pieczemy przez około 45 minut, aż cukinia zmięknie. Na ostatnie 5 minut gotowania na wierzch układamy starty ser.

Smacznego!