Monthly Archives:

Luty 2015

Pierogi z nadzieniem z batatów

Oj pokochałam bataty. A skoro co chwilę trafiam na nie w sklepie, nie mogę sobie odmówić ich kupienia. Tym razem postawiłam na przerobienie ich na pierogi. Słodkie nadzienie, lekko przełamane cebulką to idealne połączenie na obiad. Z podanego przeze mnie przepisu przygotowałam 40 sztuk pierogów. 

Składniki nadzienia:
2 niewielkie bataty
1 kostka białego twarogu
1 cebula
1 łyżka masła
sól
pieprz
papryka ostra
Ciasto:
2 szklanki mąki pszennej
0,5 szklanki ciepłej wody
1 jajko
1 łyżka masła
Mąkę przesiewamy, wybijamy jajko i dodajemy masło. Ugniatamy ciasto dodając po trochu ciepłej wody, aż uzyskamy jednolitą konsystencje. Odstawiamy pod przykryciem. 
Bataty gotujemy bez obierania w nieosolonej wodzie. Kiedy zrobią się miękkie odcedzamy i zdejmujemy z nich skórkę. Wrzucamy do mski i za pomocą widelca dokładnie rozdrabniamy. Dodajemy biały ser i łączymy z batatami widelcem.
Cebulę kroimy w drobną kostkę. Na rozgrzanej patelni topimy masło i dodajemy cebulę. Kiedy delikatnie się zeszkli wrzucamy ją do masy z sera i batatów. Dokładnie mieszamy. Doprawiamy pieprzem, solą i papryką. Masa powinna pozostać delikatnie słodka. 
Ciasto na pierogi rozwałkowujemy na stolnicy i za pomocą szklanki wykrawamy okrągłe formy. Na każdy krążek nakładamy nadzienie i dokładnie sklejamy boki. Przygotowane pierogi gotujemy w wodzie delikatnie osolonej. Gotujemy przez około 3-5 minut od wypłynięcia pierogów na powierzchnię. 
Do omaszczenia pierogów użyłam posiekanej drobno cebulki, zeszklonej delikatnie na masełku z dodatkiem około 1 łyżeczki octu balsamicznego i szczypty soli. 
Smacznego!

Śniadanie – tosty ze szpinakiem i jajkiem

Co robić, gdy jest się totalnie przeziębionym, a jeść trzeba. Do sklepu na razie się nie wybieram, bo pewnie bym nie dotarła. Postanowiłam więc przeszukać lodówkę. Coś musi w niej przecież być. I najlepiej takiego, żebym mogła dołożyć do tego czosnek. Udało się. Z zaledwie kilku składników przygotowałam pyszne śniadanko. 

Składniki:
2 kromki chleba
młody szpinak
łyżka masła
ząbek czosnku
1 jajko
sól
pieprz
Na rozgrzanej patelni opiekamy chleb z obu stron. Kiedy lekko się zarumieni zdejmujemy go na talerz. Na patelnię dodajemy masło i szpinak (jego objętość kilkakrotnie sie zmniejszy więc trzeba dać dość dużą porcję). Delikatnie mieszamy. Dodajemy sól i zgnieciony czosnek. Kiedy zmięknie zdejmujemy go z patelni. Smażymy jajko sadzone z dodatkiem soli i pieprzu (ja zawsze smaże z obu stron – bo tak lubię)
Smacznego!

Bataty i leniwy weekend

Koniec tygodnia zapowiadał się smakowicie i towarzysko. Skoro mieli wpaść do mnie goście, trzeba było przygotować coś do przekąszenia. W sklepie znalazłam bataty. I choć początkowo myślałam o zupełnie innym planie na to warzywko, postawiłm na frytki. Oczywiście doprawione „po mojemu”. Do tego pieczony łosoś i sałatka ze szpinakiem. Myślę, że dziewczętom smakowało. 
Frytki:
2 duże bataty
3 łyżki oliwy
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka pieprzu
1 łyżka przyprawa tandoori masala
szczypta cukru
Bataty obieramy i kroimy w słupki. Wszystkie składniki mieszamy ze sobą i wylewamy na pokrojone warzywa. Najlepiej za pomocą rąk mieszamy wszystko, aż przyprawy w oleju oblepią dokładnie bataty. Pieczemy w temperaturze 200 stopni przez około 25 minut. 
Łosoś:
Filet z łososia 
1 łyżka oliwy
1 łyżka octu balsamicznego
1 łyżka sosu worcestershire
sól
pieprz 
papryka słodka
Rybę dokładnie myjemy i kroimy na podłużne porcje, w zależności od ilośći osób które będziemy częstować. Ja przygotowałam 6 kawałków. W misce umieszczamy osuszoną rybę, wlewamy i dodajemy wszystkie składniki. Dokładnie mieszamy rękami. Wkładamy do lodówki na około godziny. Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 200 stopni przez około 20 minut. Najlepiej ułożyć łososia skórką do góry. Po upieczeniu jest pyszna i chrupiąca.
Sałatka:
liście młodego szpinaku
1 kalarepa
1 pęczek rzodkiewki
1 cebula czerwona
sos:
3 łyżki oliwy z oliwek
sól
pieprz
1 łyżeczka musztardy
sok z połowy cytryny
szczypta cukru
1 łyżeczka octu balsamicznego

Szpinak myjemy i osuszamy na sitku. Kalarpę obieramy i kroimy w drobne słupki. Rzodkiewkę kroimy w ćwiartki. Cebulę siekamy na piórka. Wszystkie składniki mieszamy ze sobą w misce. 
W kubeczku łączymy wszystkie składniki na sos, dokładnie mieszamy i wlewamy do przygotowanej sałatki. Wszystko mieszamy i podajemy na stół.
Smacznego!
a to niedzielna migawka z Kolanka (lub jak mawia Klaudia z Kopytka)
Dziękuję dziewczęta za wspaniały weekend! Domowe wino było smaczne jak zawsze, a uśmiech do teraz nie zchodzi mi z twarzy 🙂

Pilaw z komosy ryżowej

Komosa ryżowa, uprawiana w Ameryce Południowej. I tam po raz pierwszy w życiu miałam okazję ją skosztować. I chociaż była zwykłym dodatkiem do warzyw, niczym kasza, to smaku jej nigdy nie zapomnę. Na obiad przygotowałam pilaw. Danie proste i przede wszystkim smaczne. Uda się każdemu, kto potrafi posługiwać się nożem. 
Składniki:
0,5 szklanki komosy ryżowej
2 marchewki
3 łodyki selera naciowego
1 szklanka mrożonego zielonego groszku
1 cytryna
1 papryka czerwona
1 cebula
1,5 szklanki bulionu
papryka ostra
sól 
pieprz
oliwa
Cebulę obieramy i kroimy na drobną kostkę. W rondlu podgrzewamy oliwę. Wrzucamy posiekaną cebulę. Marchewki i seler kroimy w drobną kostkę i dodajemy do cebuli. Kiedy warzywa lekko zmiękną dodajemy pokrojoną drobno paprykę. Dodajemy paprykę, sól i pieprz. 

Komosę przelewamy kilkakrotnie wodą. Dokładnie odsączamy. Do gotujących się warzyw wlewamy bulion i wsypujemy komosę. Dodajemy sok z jednej cytryny i otartą skórkę z niej. Gotujemy na małym ogniu przez około 15 minut do momentu aż komosa wchłonie wodę. Na ostatnią minutę gotowania dodajemy zielony groszek i mieszamy wszystkie składniki. Doprawiamy solą, pieprzem i ostrą papryką do smaku.
Smacznego!

Inspiracje z podróży – Salar de Uyuni

Do Uyuni docieramy o piątej rano. Zgłaszamy się do naszego kierowcy – Domingo, który przez najbliższe dni, razem ze swoją córką Marią, będzie naszym przewodnikiem po pustyni solnej. Do naszego jeapa dołącza włoszka Paula, która na szczęscie swój język przekształca na hiszpański, dzięki czemu możemy swobodnie porozumiewać się w drodze. Kilka kilometrów od miasta i już inny krajobraz. Robi się biało. Najpierw docieramy na cmentarzysko pociągów, które lata temu woziły sól z pustyni. Teraz stoją zardzewiałe i zapomniane stoją i czekają na zdjęcia.

Potem rozpoczyna się podróż przez totalną biel i pustkowie. Pora deszczowa w której podróżowaliśmy po raz pierwszy przyniosła pozytywne efekty, cała pustynia wyglądała jak jezioro, odbijając niebo od tafli wody sprawiała wrażenie jakby nie miała końca. Śpimy w domach zbudowanych z soli, Wysokość, na której się znajdujemy jest czasami nie do zniesienia, ale widoki wsztstko nam rekompensują. Pustynia Solna, potem pustynia Salvadora Dali, laguny pełne flaminów, lamy, alpaki, rosnąca dziko quinoa, gorące źródła. wyspa kaktusów. Na powierzchni którą zjeździlismy przez cztery dni kryły sie nizwykłe widoki i emocje. Pytanie: czego chcieć więcej od życia? 
Nie ma zasięgu, telewizji, facebooka (choć nie pamiętam czy wtedy już miałam tam konto). Jest tylko przestrzeń, dary natury, ludzie i pelny relaks umysłu. Polecam każdemu.

dowód na naszą obecność tam: Kasia, Gosia, ja, Madzia i Monika 🙂

w takiej scenerii odpoczywać – dziękuję dziewczyny :*
Co można powiedzieć o jedzeniu na pustyni? Nie wiem jak robiła to Maria, ale nie mogliśmy skończyć tego co przygotwała. Wszystko było tak pyszne, świeże i bogate w smak słońca, że moglibyśmy jeść całymi dniami. Najlepsza zupa jarzynowa jaką jadłam w życiu, zjedzona została na ostatnim postoju. Pyszne ziemniaki, warzywa. Zero mięsa – bo skąd mielibyśmy je wziąć na pustyni?
nasi nowi znajomi z Rosji jadą przed nami

czas na obiadek

gejzery wczesnym rankiem

największa wysokość na jaką dotarłam – ciężko było!

jedni się grzeją, a inni marzną

akurat trwał karnawał – zwięrzęta również przystrojone jak należy

komosa ryżowa w warunkach naturalnych

nasz słony hotel

Wracamy przec Chile. Plus taki, że możemy zobaczyć piękne miasteczko San Pedro de Atacama, tam dowiadujemy sie, że Machu Picchu lekko ucierpiało przy powodzi, a turystów ewakuują helikoptery. Szybko preparujemy maile do rodziny i znajomych, że my już dawno jestśmy daleko od tego miejsca. 

Minus taki, że granica Bolwii z Chile jest dość szczelna (z uwagi na przemyt narkotyków) ale też nie można przewozić drewna czy fragmentów ziemi na butach. Na szczęście pamiętałyśmy o tym wybierając pamiątki z podróży. 
Czas przygotować kolejną wyprawę 🙂

Najedzeni Fest – Karnawał

Zima w Krakowie na całego. Prawie nie dotarłam do Forum Przestrzenie przez ogromną burzę śnieżną, która usilnie zmiatała mnie z obranej ścieżki. Po dziesięciu minutach brnięcia pod wiatr udało mi się dotrzeć do fragmentu budynku i tam przeczekać nawałnicę. Po takim wstępie mogło być już tylko lepiej. I smaczniej. I faktycznie tak było.

W towarzystwie Ani i Kasi udałam się na kulinarne podboje. A tych było tym razem wiele. Na pierwszy ogień poszły żabie udka. „Smakują jak kurczak” to chyba idealnie pasuje do tego smaku. Ale warto było skosztować. Potem był czas na baraninę w aromatycznym curry. Pysznie. Kasia skusiła się na zupę serową. Podkradłam łyżkę – warto było. Muszę przemyśleć przygotowanie czegoś w podobnym smaku. Ale na to przyjdzie jeszcze czas.
Wszystko przeplatane było wizytą na stoisku z winami. Do których podawano…pączki. Dlaczego więc nie miałam się skusić? Wszak Tłusty Czwartek nadchodzi wielkimi krokami.

Na drugą nóżke poszła tarta z serkiem mascarpone i malinami, pochłonięta przez Anię oraz kanapka z pasztetem z kaczki i babeczka z krewetkami. Pyszności. Gdyby nie rozszalała zima, która na zewnątrz chciała urwać głowę, byłoby cudownie. 
Wszędzie można było dostrzec hummusy, faworki, pączki, karmelowy popcorn (polecam dla łasuchów), chlebek żytni na zakwasie, serniki i tarty. 

Tłumy jak zawsze w Forum nie pozwoliły już w południe przepychać się między stoiskami. Chociaż w tej edycji wystawców było mniej niż dotychczas i wszystko zostało skupione na mniejszej przestrzeni to i tak wyszłam z festiwalu najedzona – Fest!

Pare znajomych twarzy udało mi się dostrzec w tłumie, co oznacza, że wśród moich znajomych jest dużo fanów dobrego jedzenia. I mam nadzieję, że tak pozostanie. Bo przecież od czasu do czasu muszę kogoś nakarmić nadwyżką przygotowanego ciasta.

Zupa peruwiańska

Zupa, którą można zjeść dosłownie w każdym miejscu w Peru. Podawana w tak różnych kombinacjach, że sama zgubiłam się ile różnych wariantów tej zupy jadłam. Głównym składnikiem jest mięso, makaron oraz jajko. I chociaż zupa smakuje trochę jak  nasz rosół, ma w sobie coś zupełnie egoztycznego. Ja zrobiłam miks wszystkich przepisów jakie znalazłam na ten temat. I chociaż kiedyś odtworzę każdą zupę osobno, dziś będzie właśnie taka mała kuchenna kombinacja.
Składniki:
500 g mięsa mielonego
1 czerwona cebula
1 biała cebula
0,5 puszki pomidorów krojonych
2 ziemniaki
2 marchewki
2 pietruszki
1 mały por
5 łyżek mleka skondensowanego
sól 
pieprz
papryka ostra
oliwa
makaron nitki długie (np spaghetti)
ugotowane jajko (jedno na osobę)
natka pietruszki
W garnku, w którym będziemy gotować zupę rozgrzewamy 3 łyżki oliwy i wrzucamy na nią posiekane drobno cebule. Kiedy delikatnie się zarumienią dodajemy mięso. Solimy, pieprzymy i doprawiamy papryką ostrą i pieczemy do zbrązowienia się mięsa. Dodajemy pomidory
 Zalewamy mięso wodą. Ja dodałam około 1,5 litra. Dodajemy obrane i pokrojone na kawałki warzywa. Gotujemy wywar do momentu aż warzywa zmiękną. 
Po tym czasie wyjmujemy warzywa i miksujemy je za pomocą blendera i wrzucamy spowrotem do garnka. Dodajemy makaron i mleko. Gotujemy do momentu aż makaron będzie gotowy. 
Wykładamy zupę na talerz. Dodajemy ugotowane obrane jajko i posiekaną pietruszke. Smacznego!
Niestety zdjęć mało, bo mój komputer postanowił je gdzięś schować!. Chyba muszę zrobić kolejną zupkę 🙂

Inspiracje z podróży – Puno i Jezioro Titicaca oraz LaPaz

I znów droga autobusem, tym razem kierujemy się już w stronę Boliwii. Jak zawsze komunikacja peruwiańska daje nam wyraźne znaki, że może być niebezpiecznie. Jeszcze w mieście uderzamy autobusem w samochód. Ani biegnąca za nami kobieta ani poruszenie w pojeździe nie robi na kierowcy wrażenia. Odjeżdżamy szybciutko w stronę Puno.

Samo Puno to przede wszystkim dla nas pyszne jedzenie, bo w lokalach gastronomicznych spędziłysmy tam długie godziny. Było smacznie. Głównie zajadamy się flanem i zupą kreolską. Palce lizać.

Cel wizyty w Puno jest dwojaki. Po pierwsze chcemy przedostać się do LaPaz, po drugie chcemy zobaczyć Jezioro Titicaca i jego pływające wyspy. Jeśli kiedyś przyjdzie mi do głowy płacić za tego typu wycieczkę, to chyba jednak wybiorę teatr. Wszystko ustawione pod turystów, opowieści mieszkańców pływających miast o ciężkim życiu na wyspie trochę kłócą się z telewizorami i bateriami słonecznymi nieporadnie schowanymi pod słomą. Niemniej jendak warto było popłynąć przez jezioro. Przygoda może to żadna, ale lekcja zapamiętana. Niekoniecznie to co doradza nam przewdonik jest warte zobaczenia. Ale z drugiej strony było kolorowo, folkowo i przede wszystkim inaczej niż w naszych skansenach. Więc może jednak było warto.

Tymczasem ruszamy dalej. Dwa autobusy, jedna łódka by przeprawić się przez jezioro i po południu wysiadamy na głównej ulicy w stolicy Boliwii.

być w dwóch miejscach na raz 🙂 Granica Peru z Boliwią
Miasto jest duże, żeby nie powiedzieć ogromne. Wszędzie ludzie, samochody, sprzedawcy, trafiamy nawet na targ na którym możemy kupić sobie eliksir miłości, lekarstwo na potencję albo….zasuszoną małą lamę lub inne zwierzęta. Wybór jest duży, decydujemy się na klasykę: kubki, magnesy, pocztówki. Eh to szaleństwo podróżnika. 

Za to targ żywności oszałamia. Jest tyle jedzenia i tak innego niż to co znamy z europejskich stoisk, że nie możemy się napatrzyć. Ciężko coś kupić, bo nie podróżujemy z przenośną kuchenką, a wile rzeczy trzeba byłoby przetworzyć. ale oczy karmimy widokiem. No może „parówki” które wyglądają jakby mięso chciało wyskoczyć każdym fragmentem osłonki nie robi na nas wrażenia, jednak cała reszta urzeka. Miasto nie jest naszym celem, opuszczamy je więc następnego wieczoru i długą, rozpłyniętą od deszczu drogą ruszamy na pustynie. Salar de Uyuni. Tam okazuje się być najpiękniej. 

Inspiracje z podróży – Cusco

Czas w drogę. Arequipę żegnamy późnym wieczorem udając się na lokalny postój autobusów by wyruszyć do Cusco. Nasza radość z tego, że przed rozpoczęciem podróży zostaliśmy nagrani na video kończy się, gdy dowiadujemy się, że jest to dokumentacja przy ewentualnej identyfikacji zwłok. Pamiętając szaleńczą podróż taksówką nie poprawia nam humoru miejsce na górnym piętrze tuż przy szybie. Na szczęście docieramy nad ranem do miasta. Całe i zdrowe. Chłopak w hostelu angielskiego nie zna za dobrze, ale za to cieszy się, że jesteśmy z Polski bo on akurat zna rosyjski. Ot i od razu niby łatwiej.

centrum Cusco

Cusco wykorzystujemy na łapanie dalszej aklimatyzacji wysokości. Jest dość ciężko. Na szczęście na śniadanie dostajemy herbatkę z koki. Same liście możemy kupić sobie w sklepie przy kasie rozwieszone niczym maszynki do golenia w naszych marketach. Są też cukierki z koki – które najprościej zabrać ze sobą do Polski.
Miasto, jak większość w Peru skupia się wokół głównego placu, w którego centrum zawsze stoi katedra. Obok Bembos – czyli peruwiański fast food. Wszystko wygląda jak w znanych nam McDonaladach i Burger Kingach, tyle że mięso ciut inne, smaki troszkę ostrzejsze. Frytki natomiast rewelacyjne. Cóż się dziwić, skoro Peru jest znane z posiadania setki różnych gatunków ziemniaków.
Głóny cel nasze wizyty w Cusco? Wycieczka na Machu Picchu (Stary szczyt). Z powodu strajku komunikacji tracimy jeden dzień w podróży, nic nie kursuje. Choroba wysokościowa nie oszczędza, dlatego rezygnujemy z dwudniowego treckingu i wybieramy opcję jednodniową. Wystarcza. Leje cały dzień, Najpierw bus, potem pociąg, potem znów bus wporost pod bramy starego miasta. Jeśli ktoś będzie podróżował do Peru porą deszczową, polecam wspinać się w góre na nogach – ile by wam to czasu nie miało zająć. Jechania busikiem w takich warunkach atmosferycznych, gdzie drogi wydają się płynąć, samochody wymijają się na serpentynach a w dole wzburzona rzeka….lekko drastyczne przeżycie.

Samo Machu Picchu zachwyca, kiedy już z chmur możemy dostrzec górę Wayna Picchu przed naszymi oczami rozpościera się widok jak z pocztówek. Kto by pomyślał, że w końcu dotrzemy do tego miejsca. Wizyta w mieście ruin jest długa, zjeżdzamy w dół (jeszcze raz zastanawiając się co nas podkusiło by jechać busem) i udajemy się do miasta na pizzę z kozim serem. W sumie jak na Peru jest w miasteczku zaskakująco dużo pizzeri. Ale dziś nam to nie przeszkadza, że nie kosztujemy niczego lokalnego. Właśnie uszliśmy z życie z morderczej wyprawy. Dwa dni później rzeka Urubamba zrywa koryta i wylewa się do miasta by zatrzymać na Macchu Picchu tysiące turystów. Ale tego dowiemy się po paru dniach, bo wtedy już jesteśmy na pustyni. 

Tą część wyprawy będę wspominać najczęściej, bo zobaczenie tego miejsca było jednym z moich wielkich marzeń. I w końcu się udało. Bo przecież warto marzyć. Pizzy robić nie będę, bo to jest zupełnie inna kulinarna przygoda. Ale przed nami jeszcze kilka pysznych przepisów.