Monthly Archives:

Grudzień 2014

Ale to już było…

Zaraz zakończy się kolejny rok. Nie tylko mojego życia, ale przede wszystkim blogowania. Strona ta istnieje już prawie dwa lata, ale dopiero w listopadzie tego roku postanowiłam, że jednak jej nie skasuję. I może to dobra decyzja. Pomiędzy wycieczkami w góry i okolice mojego miejsca zamieszkania, pomiędzy pracą a wyjściem ze znajomymi na miasto, pomiędzy bieganiem a filmami, znajduję zawsze czas na to by cos ugotować, upiec. I to przynosi mi największą radość. Tak więc cieszę się, że ten rok przeżyłam trochę z Jem…Jemy! w tle.

Miejmy nadzieję, że w przyszłym roku będzie więcej wpisów, przepisów i kulinarnych wydarzeń. A póki co nadszedł czas podsumowań. A w 2014 roku działo się wiele. 
Były wyjazdy do Wielkiej Brytanii i wizyta w restauracji Jamiego Olivera, drugie urodziny mojego bratanka. Rozpoczął się cykl obiadów czwartkowych, dzięki czemu miałam okazję zjeść pyszne dania z takich miejsc jak Hamsa, Alchemia od kuchni czy Pimiento. 

Były niezapomniane warsztaty kulinarne z okazji Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie, które prowadziła jak zawsze uśmiechnięta Malka Kafka. Był Festiwal Najedzeni Fest i kilogramy jedzenia, które miałam okzaję skosztować po raz pierszy w życiu jak na przykład gulasz z dzika w piernikowym sosie. 
Było szaleństwo jabłkowego pieczenia, piernikowe soboty i weekendy. Pieczenie ciast i ciasteczek dla moich wspaniałych znajomych z pracy. Była sesja zdjęciowa z moimi ciasteczkami w tle i wiele wiele innych kulinarnych przygód, które będę wspominać całe życie, a wiele z nich na szczęście udało mi się zanotować na blogu.

Dorobiłam się wałka do ciasta, który specjalnie dla mnie układa wzór w nazwę bloga, zakupiłam nowe foremki, dostałam brytfanki, garni i fartuszki. O ksiązkach kulinarnych nawet nie wspominam, bo już powoli przestają się mieścić na regale. 

Na dwa tygodnie byłam posiadaczką kochanej suczki Miszki, która przyniosła mi tyle radości, że do dziś uśmiecham się na samą myśl, że ze mną mieszkała. Dwa weekendy pracowałam w restauracji Studio Twój Kucharz w Krakowie. Szkoda, że ta przygoda się już skończyła.

Były też wycieczki w góry. Luboń Wielki, Ojców, Babia Góra, Majówka na szlaku. Były koncerty Justina Timberlake’a i Michaela Buble i wiele innych. Było wspaniale. Oby kolejny rok był równie udany jak ten który właśnie się kończy.

Ale przede wszystkim są plany na 2015 rok. Już trochę przygotowałam, już trochę napisałam, trochę się ugotowało, spróbowało zrobić. Mam nadzieję, że będzie smacznie i ciekawie.

a to zdjęcie zapowiada mam nadzieję bardzo ciekawy cykl 🙂

Dziękuję wszystkim, którzy tu zaglądali przez ten czas, za wszystkie komentarze napisane i te powedziane na głos. Mam nadzieję, że z w kolejnym roku również znajdziecie tu coś dla siebie. Zapraszam 🙂

Piernikowa sobota

Po tygodniu pełnym pracy, po sobocie spędzonej w biurze przyszedł czas na sobotni wieczór i odkładane od kilku tygodni wspólne pieczenie świątecznych pierników. Sajko zaprosiła nas do swojego mieszkania, abyśmy mogły stworzyć coś słodkiego. Ania, Madzia, Sajko i ja w gotowości stawiłyśmy sie w kuchni. 

Podział obowiązków był prosty. Mnie przypadło w zadaniu przygotowanie ciasta. Na szczęście w ostatnim momencie Sajko przypomniała mi o dodaniu masła. Ania z Madzią zajęły się świątecznym napojem pełnym mandarynek, natomiast Sajko przygotowywała dla nas chilli con carne. Potem już było łatwiej. Każda z nas na zmianę wałkowała, wykrawała, wkładała pierniczki do piekarnika i je z nich wyciągała. 

Na koniec nastąpiła konsumpcja obiadu, szybkie malowanie niektórych pierniczków oraz sprzątanie bałaganu, który zawsze powstanie w takiej sytuacji. Bo gdzie kucharek cztery tam bałagan, jak mówią pradawne podania. 

Dziękuję wam dziewczynki za uroczy i smaczny wieczór. Dziś zasiadam do produkcji pierników na jutrzejsze zamówienia. Oj nie będzie już tak wesoło. Ale pewnie lukrowania więcej. 
Do następnego razu:)

Obiady czwartkowe: Pimiento

Koniec roku zbliża się wielkimi krokami. Należało uczcić to tradycyjnym obiadem czwartkowym, a że nie wiadomo co czeka nas po Sylwestrze, należało z przytupem zakończyc ten sezon. Padło na Pimiento na krakowskim Kazimierzu. Drugim powodem, dla którego wybraliśmy to miejsce był powrót Ani J. z dalekiej Argentyny. Jej opowieści o tamtejszym mięsie tak się nam udzieliły, że postanowiliśmy skosztować słynnej wołowinki. Na szczęści dla nas Kraków dysponuje miejscem, które mogło zaspokoic naszą chęć poznania tego smaku.

Pimiento istnieje od 2007 roku. Zdecydowanie przyciąga swoim największym kulinarnym hitem, czyli wołowiną argentyńską, przyrządaną na kilka sposobów, idealnie. Nigdy tam nie byłam. Dlatego pojawiająca się okazja musiała zostać wykorzystana.
Wygłodniali spotkaliśmy się w zeszłym tygodniu na ulicy Józefa. Na początek zamówiliśmy pyszne domowe wino, a potem od razu przystąpiliśmy do zamawiania obiadu. Wybór nie był prosty, aczkolwiek niektóre ceny zdecydowanie podejmowały decyzję za nas. 

  

Ostatecznie zdecydowaliśmy się na antrykot „La Morocha” Bife ancho w towarzystwie ziemniaków, batatów z chorizo z sosem z pieprzu lub chimichurri. Jedynie Kasia postawiła na rybkę i postanowiła zajadać się łososiem.

Oczywiście na tym nie mogło się skończyć. Wszak w naszym towarzystwie były dwa największe łasuchy Ania J. i Sajko. Do zestawu doszedł więc deser. Dziewczęta zamówiły sobie ciasto czekoladowe oraz kulki pomarańczowe w sosie malinowym. 
Wieczór zdecydowanie należy zaliczyć do udanych. Dziękuję za przemiłe towarzystwo: Sajko, Ania J., Kasia, Bartek i Maciek – you made my day 🙂
a w styczniu mam nadzieję uda się nam gdzieś jeszcze wyskoczyć!

Zółte curry z dyni

Kiedy Twoi znajomi jadą do Tajlandii, wiedz, że coś się dzieje. Kiedy ochoczo się z Tobą witają po powrocie, wiedz, że skusiła ich gorączka tajlandzkich zakupów. Kiedy obdarowują Cię pastami curry prosto z dalekich krain, wiedz, że będzie co gotować. Asia przywiozła mi kilka przypraw i past. Byłabym złą kobietą, gdybym nie spróbowała coś z nich upichcić. Na pierwszy ogień poszła żółta pasta curry. Trochę jej jeszcze zostało, więc działania w tym temacie będzie więcej. A ponieważ ostatnio choróbsko się do człowieka przyplątało stworzyłam danie z tego, co kryła moja lodówka plus maleńka dynia, którą znalazłam na placu w centrum krakowskiego Kazimierza. 

Składniki:
1 mała dynia
8 średnich ziemniaków
2 małe marchewki
1 pietruszka
1 cebula
zielony mrożony groszek
olej
sól
pieprz
żółta pasta curry
szklanka bulionu
Dynie dokładnie myjemy, przekrawamy na pół i wyciągamy pestki. Pozostałą część kroimy na drobne kwadraciki. Cebulę obieramy i kroimy w drobną kostkę. W rondlu rozgrzewamy odrobinę oleju i delikatnie szklimy cebulę, dodajemy pokrojoną dynię i przez chwilę mieszamy razem z cebulą. Zalewamy wszystko odrobiną wody, tak by delikatnie pokryć dynię i gotujemy na lekkim ogniu przez około 15 minut. 
Po tym czasie obieramy ziemniaki, marchewkę i pietruszkę, kroimy w kostkę i dodajemy do dynii. Wszystko dokładnie mieszamy i zalewamy bulionem. Jeśli potrawa jest zbyt gęsta możemy dolać bulionu lub wody. Gotujemy wszystko na wolnym ogniu aż do zmięknięcia warzyw. 
Dodajemy 3-4 łyżeczki pasty curry oraz sól i pieprz do smaku. Przyprawa jest dość intensywna więc lepiej dodawać ją po troszku i kosztować co jakiś czas. Gotujemy jeszcze przez parę minut, aż curry zgęstnieje. Na koniec gotowania dodajemy przelany wrzątkiem zielony groszek.
Smacznego!

Pierniczki

To był weekend pełen wrażeń. Spontaniczne pieczenie pierników, a potem dwa dni lukrowania i lukrowania i lukrowania. Miałam wrażenie, że to nie ma końca. Ale towarzystwo było tak idealne do tej pracy, że nawet nie wiem, kiedy mineły te dwa dni. Zapraszam na efekty naszej pracy.
Składniki:
2 szklanki mąki
1,5 łyżki masła
2 jajka
1 szklanka cukru
5 łyżek płynnego ciepłego miodu
przyprawa do pierników
1 łyżeczka sody oczyszczonej
Wszystkie składaniki mieszamy z przesianą mąką i ugniatamy ciasto. Na stolnicy rozwałkowujemy je cienko i wykrawamy foremkami kształty. Pieczemy w piekarniku przez 15 minut w temperaturze 180 stopni. 

Pierniki są gotowe od razu do zjedzenia. Potem wystarczy się oprzeć tej pokusie i zacząć je malować. My zdecydowałyśmy się na lukier królewski z kolorowymi barwnikami oraz kilka słodkich dodatków: żurawina, migdały, orzechy, gwiazdki.

Smacznego! i dobrej zabawy życzę!
Dziękuję Loli J. i Kasi B. za dzielne malowanie ze mną tej sterty słodkości. Miszce za wsparcie z podłogi, jak na psa przystało robiła urocze oczy by skosztować co mamy na stole. Dziękuję też Sylwkowi J, bo bez niego w niedzielę umarłybyśmy z głodu. 

Lukier królewski

Ile ja się o nim nasłuchałam, jak ja się bałam go zrobić. A tu raz ciach i poszło. Nie było to takie trudne jak mi się wydawało. Kilka minut cierpliwości i gotowe. Idealny lukier to kwestia dopasowania proporcji. Niestety idealnie nie da się tego wymierzyć. Bo jajko może być większe lub mniejsze niż u kogoś, bo szklanka może być bardziej pękata itd. itp. Ja zrobiłam go po swojemu, jak wszystko zresztą. I wyszło. Moim skromnym zdaniem idealnie.

Mam nadzieję, ze za ten przepis nie zjedzą mnie wszyscy cukiernicy. Ale ja uprawiam kuchnie z sercem a nie z wagą, a skoro w taki sposób wyszedł mi lukier i sprawdził się dobrze, to… wiecie, zwycięskiego teamu się nie zmienia. 

Składniki:
3 białka z jajek
1 – 1,5 szklanki cukru pudru
sok z cytryny
Jajka ubijamy prawie do sztywności. W momencie, gdy piana już prawie robi się śnieżnobiała powoli dodajemy cukru pudru delikatnie mieszając białka. Dodajemy soku z cytryny. I gotowe. W zależności od tego jaką konsystencję lukru chcemy uzyskać dodajemy odpowiednią ilość cukru pudru.

Ważne jest, by nie ubić białek na sztywno, wtedy wyjdzie nam raczej beza do zapiekania niż lukier. Praktyka czyni mistrza.

Lukier najlepiej rozprowadzać za pomocą rękawa cukierniczego. Jeśli jednak nie czujemy się na siłach by ogarnąć to narzędzie polecam wykałaczki albo pędzelki. 
Jesli chcemy mieć kolorowy lukier najlepsze do barwienia są barwniki spożywcze w żelu. Nie zmieniają konystencji lukru i dają najlepsze kolory. 
Powodzenia!